Kolej która konkuruje z samochodem i samolotem

Zgodnie z najnowszymi danymi Eurostatu dotyczącymi mobilności w Unii Europejskiej, samochody wciąż odpowiadają za miażdżącą większość przewozów pasażerskich, bo aż za 70,6 procent wszystkich wskaźników pracy przewozowej mierzonych w pasażerokilometrach. Samoloty zajmują mocne drugie miejsce z wynikiem 14,7 procent, podczas gdy pociągi doczłapują do stawki zaledwie z 7,1 procent. Te liczby pokazują codzienną rzeczywistość, w której auto i samolot wyznaczają standardy podróżowania. Tyle że w miejscach, gdzie infrastruktura dogoniła ambicje, ta układanka zaczyna się widowiskowo sypać.
Gdy w 1964 roku Japonia uruchomiła pierwszą linię Shinkansen między Tokio a Osaką, pociągi pędzące 210 km/h rozpoczęły cichą rewolucję. Dziś ta trasa to klasyczny poligon doświadczalny dla transportu. Choć między miastami nadal latają samoloty, zgarniają zaledwie 15 procent całego ruchu. Pozostałe 85 procent pasażerów wybiera pociągi, które w godzinach szczytu odjeżdżają co trzy minuty i przewożą rocznie około 40 milionów ludzi. Podobne scenariusze piszą się w Europie na trasach takich jak Paryż-Lyon czy Madryt-Barcelona, gdzie kolej przejęła większość tortu pasażerskiego, spychając lotnictwo do narożnika.
Magiczna granica czterech godzin i brutalna prawda o lotniskach
W świecie transportu panuje zasada, że tam, gdzie podróż pociągiem zajmuje mniej niż cztery godziny, samolot zaczyna przegrywać walkę o klienta. Sekret nie tkwi wyłącznie w samej prędkości składu rozpędzającego się do 300 km/h czy więcej. Prawdziwa przewaga kryje się w logistyce „od drzwi do drzwi”.
Zasada ta opiera się na prostych faktach:
- Dworce kolejowe leżą zazwyczaj w ścisłych centrach miast, oszczędzając godziny na dojazdy z oddalonych o kilkadziesiąt kilometrów portów lotniczych.
- Odprawa biletowa i bezpieczeństwa na kolei praktycznie nie istnieje – wchodzisz na peron minutę przed odjazdem.
- Brak limitów na płyny w bagażu, darmowy internet i przestrzeń do pracy bez konieczności składania fotela.
Nic dziwnego, że według reprezentatywnego badania opublikowanego przez Wspólnotę Europejskich Kolei i Infrastruktury Kolejowej (CER), miażdżąca większość europejskich obywateli woli podróżować szybką koleją niż latać, jeśli tylko połączenie jest szybkie i wygodne.
Kiedy auto wciąż wygrywa, a kiedy zostaje w tyle
O ile w relacjach międzynarodowych i między wielkimi aglomeracjami pociąg radzi sobie świetnie z samolotem, o tyle na krótkich dystansach do 200 kilometrów niepodzielnie króluje samochód. Daje on elastyczność tzw. ostatniego kilometra, której sztywne rozkłady jazdy czy siatka połączeń szynowych nie są w stanie zastąpić, szczególnie poza wielkimi miastami.
Z drugiej strony, unijne raporty i analizy rynkowe wskazują na rosnącą presję ekologiczną i podatkową. Państwa takie jak Francja czy Hiszpania poszły krok dalej, zakazując krajowych lotów krótkodystansowych tam, gdzie alternatywa w postaci kolei zajmuje mniej niż dwie i pół godziny. To już nie jest wolny wybór konsumenta, a twarda polityka państwowa wymierzona w redukcję emisji dwutlenku węgla.
Infrastruktura to wszystko
Konkurowanie kolei z samochodem i samolotem przypomina wyścig z masą kotwic, jeśli tory pamiętają czasy rewolucji przemysłowej. W Polsce, gdzie na wielu odcinkach pociągi zwolniają do kilkudziesięciu kilometrów na godzinę, wizja realnej alternatywy dla auta na trasach regionalnych wciąż bywa pobożnym życzeniem. Dopiero miliardowe inwestycje w nowe arterie i tabor pozwalają myśleć o zmianie przyzwyczajeń całych społeczeństw.
Kolej przestaje być powolnym środkiem transportu dla ubogich, a staje się technologicznie zaawansowanym salonem na kołach. Tam, gdzie państwa inwestują w sieć dużych prędkości, pasażerowie masowo porzucają auta i samoloty. Przyszłość podróżowania nie rozstrzyga się w powietrzu, tylko na lśniących w słońcu torach.










