Ile trzeba zarabiać żeby utrzymać standard życia klasy średniej

Kiedy w rozmowach o pieniądzach padają hasła o klasie średniej, zazwyczaj zaczyna się machanie rękami i rzucanie kwotami z kosmosu. Jedni twierdzą, że normalne życie zaczyna się od dziesięciu tysięcy złotych na rękę, inni machają na to głową, pokazując własne paski wypłat, które ledwo zahaczają o krajową medianę. Prawda leży gdzieś pośrodku, ale żeby ją dostrzec, trzeba przestać opierać się na fejsbukowych mitach i zajrzeć w twarde statystyki.
Gdy spojrzymy na oficjalne dane Głównego Urzędu Statystycznego, szybko zdamy sobie sprawę, że wyobrażenia o zarobkach w Polsce mocno mijają się z rzeczywistością. Według danych GUS mediana wynagrodzeń w gospodarce narodowej wyniosła 7690,82 zł brutto. To kluczowa liczba, bo oznacza, że dokładnie połowa Polaków zarabia mniej, a połowa więcej. Od lat w ekonomii do szacowania progu klasy średniej stosuje się metodologię OECD. Organizacja ta definiuje średniaków jako osoby, których dochód rozporządzalny mieści się w przedziale od 75% do 200% krajowej mediany.
Ile to oznacza w praktyce?
Przeliczając to na czyste pieniądze i biorąc pod uwagę aktualne wskaźniki, dolna granica wejścia do polskiej klasy średniej dla singla zaczyna się w okolicach 4 tysięcy złotych netto. Górny pułap, zanim zaczniemy mówić o zamożności czy klasie wyższej, oscyluje w granicach 10–14 tysięcy złotych na rękę miesięcznie. Oczywiście teoria swoje, a życie swoje. Samodzielna osoba żyjąca w mniejszym mieście za pięć tysięcy złotych zapłaci rachunki, pojedzie raz w roku na urlop i kupi używany samochód. Ta sama osoba w Warszawie przy takich zarobkach będzie miała problem z wynajęciem kawalerki bez drastycznego uszczuplania budżetu.
Świetnie pokazuje to niedawna analiza Business Insidera, która stworzyła mapę klasy średniej dla ponad 2,5 tysiąca polskich gmin. Okazuje się, że geografia portfela ma gigantyczne znaczenie. W Warszawie rodzina 2+1 dysponująca dochodem 18 tysięcy złotych netto wciąż ląduje dopiero na skromnym początku średniakiem, podczas gdy w mniejszych powiatach taka kwota daje już ogromną poduszkę finansową.
Gdzie podziała się stabilność?
Bycie klasą średnią kiedyś kojarzyło się ze świętym spokojem – stałą pracą na etacie, własnym M3 z kredytem hipotecznym spłacanym bez drżenia serca i letnimi wakacjami w Chorwacji. Dziś definicja rozjeżdża się przez koszty życia. Eksperci zajmujący się rynkiem pracy zwracają uwagę na to, że sam dochód to za mało. Kluczowy stał się kapitał. Zupełnie inaczej wygląda sytuacja kogoś, kto zarabia 10 tysięcy złotych, ale ma na głowie ratę kredytu rosnącą wraz ze stopy procentowymi, a inaczej człowieka z tą samą pensją, który mieszka we własnym, spłaconym lokalu.
Warto też pamiętać o strukturalnym rozwarstwieniu. Rynek pracy w Polsce coraz wyraźniej dzieli się na trzy odrębne światy: szeroką bazę pracowniczą, mocno odstający od niej szczyt specjalistów oraz samozatrudnienie, które potrafi być zarówno przepustką do bogactwa, jak i pułapką niskich dochodów. Klasa średnia nie jest już monolitem. Dla jednych to synonim bezpiecznej egzystencji, dla innych nieustanny wyścig szczurów, w którym każdy skok cen gazu czy prądu potrafi wywrócić domowy budżet do góry kołami.










