Gdzie naprawdę trafia 100 zł wydane przez konsumenta

0
3
Gdzie naprawdę trafia 100 zł wydane przez konsumenta

Gdy płacisz w sklepie banknotem z wizerunkiem króla Władysława Jagiełły, masz pełne prawo myśleć, że te pieniądze wędrują prosto do kieszeni pani w kasie albo właściciela szyldu nad drzwiami. Sprawa jest jednak znacznie ciekawsza, kiedy spojrzymy na to chłodnym okiem księgowego i statystyka. Zanim stustuzłotowy nominał opuści Twój portfel i ostygnie w sklejskimi sejfie, uruchamia skomplikowany mechanizm naczyń połączonych, w którym udziały ma państwo, globalny transport, rolnik z drugiego końca kraju oraz fabryka opakowań.

Zacznijmy od państwowej kasy, bo urzędnicy skarbowi wyciągają rękę po swoją część jako pierwsi. W Polsce podstawowa stawka podatku od towarów i usług, czyli dobrze nam znanego VAT-u, wynosi 23 procent. Oznacza to, że z każdego równego stu złotych wydanych na elektronikę, odzież czy kosmetyki, około 18,70 zł natychmiast wraca do budżetu państwa w postaci czystego podatku. W przypadku produktów spożywczych czy książek mechanizm wygląda łagodniej ze względu na niższe stawki, ale państwo i tak swoje bierze, finansując z tego drogę, szkołę czy szpital.

Gdy odliczymy podatki, zostaje nam kwota netto, z której trzeba opłacić produkcję samego przedmiotu. Tutaj schemat drastycznie różni się w zależności od tego, czy kupujemy modny t-shirt z sieciówek, litr benzyny na stacji, czy paczkę lokalnie wypiekanych bułek. Weźmy pod lupę rynek paliw, który doskonale obnaża tę strukturę. Z raportów Polskiej Organizacji Przemysłu Naftowego i Handlu wynika, że w cenie litra paliwa czysty surowiec i koszt jego przerobu w rafinerii to w dużej mierze pochodna notowań ropy na giełdach oraz kursu dolara. Do tego dochodzi sztywna akcyza oraz opłata paliwowa, które sprawiają, że na same koszty logistyczne i marżę stacji benzynowej zostaje ułamek pierwotnej kwoty.

W handlu tradycyjnym i e-commerce koszty operacyjne zjadają ogromną część z tych stu złotych. Z analiz rynkowych dotyczących marżowości w handlu detalicznym wynika, że sam zakup towaru u hurtownika lub bezpośrednio u producenta pochłania zazwyczaj od 40 do nawet 65 procent ceny końcowej. Pozostała pula to tak zwana marża brutto, z której sklep musi opłacić czynsz za wynajem lokalu w galerii handlowej, prąd potrzebny do oświetlenia alejek, pensje kasjerów, systemy logistyczne oraz gigantyczne budżety na reklamy w internecie.

Warto też spojrzeć na to, co zostaje w kieszeni samego twórcy produktu. Rolnik, który wyhodował pszenicę na mąkę, albo szwaczka szyjąca odzież w azjatyckiej fabryce, dostają z tego stu złotych ułamek procenta. Przeważająca większość wartości dodanej w dzisiejszym świecie nie powstaje bowiem przy fizycznej łopacie czy taśmie produkcyjnej, ale w biurach projektowych, działach marketingu oraz w sprawnie działających łańcuchach dostaw.

Kolenym istotnym elementem układanki są podatki dochodowe oraz koszty pracownicze, takie jak składki ZUS płacone przez każdego przedsiębiorcę w łańcuchu dostaw. Kiedy towar wędruje od hurtowni do sklepu, każda z firm po drodze musi odprowadzić podatek CIT lub PIT od swojego małego zysku. W efekcie, gdy przeanalizujemy pełną drogę stu złotych od konsumenta do ostatecznego zamknięcia roku podatkowego w firmach, okazuje się, że państwo w różnych formach obciążeń fiskalnych konsoliduje nawet 30 do 40 procent tej kwoty.

System ten przypomina skomplikowany zegarek, w którym każde kółko zębate musi wykonać swoją pracę, żeby wskazówki poszły do przodu. Świadomość tego, gdzie realnie lądują nasze pieniądze, zmienia perspektywę codziennych zakupów. Przestajemy widzieć w cenie jedynie kaprys sprzedawcy, a zaczynamy dostrzegać skomplikowaną sieć ludzkiej pracy, podatków i logistyki, która stoi za każdym zakupionym bochenkiem chleba czy litrem paliwa.

Zostaw odpowiedź