Sąsiedzi którzy nigdy się nie poznają

0
2
Sąsiedzi którzy nigdy się nie poznają

Możesz przez dekadę mijać tę samą osobę na klatce schodowej, wymieniać mechaniczne skinienia głową i po latach zdać sobie sprawę, że nie masz pojęcia, jak ta osoba ma na imię, czym się zajmuje i czy w ogóle żyje. Nowoczesne budownictwo i szybkie tempo życia sprawiły, że bliskość fizyczna przestała oznaczać bliskość społeczną. Mieszkamy ścianka w ściankę z ludźmi, którzy na zawsze pozostaną dla nas całkowicie obcy.

Z danych opublikowanych w raporcie portalu ThinkCo „W dobrym sąsiedztwie. Osiedla mieszkaniowe w Polsce” wynika, że choć aż 87 procent z nas podejmuje niezobowiązujące rozmowy z sąsiadami, to relacje te rzadko kiedy wychodzą poza powierzchowny schemat. Co więcej, około 20 procent Polaków przyznaje wprost, że nie zna imion osób mieszkających w ich najbliższym otoczeniu. Z kolei badania CBOS pokazują, że ponad połowa respondentów (57 procent) stara się żyć tak, aby nikt z sąsiadów nie miał do nich pretensji, ale jednocześnie celowo trzyma się od nich na bezpieczny dystans.

Betonowa dżungla i kult świętego spokoju

Dlaczego tak się dzieje? Architektura wielkich miast i nowych osiedli stawia na prywatność, a nie na budowanie wspólnoty. Z raportu Otodom „Szczęśliwy dom” wynika, że im większa miejscowość, tym mocniej kurczy się nasze pojęcie sąsiedztwa. W metropolizach powyżej 500 tysięcy mieszkańców blisko 75 procent ludzi uważa, że sąsiadem jest wyłącznie ktoś z tego samego budynku lub bezpośredniej klatki. Dawny model relacji, gdzie drzwi do mieszkań rzadko kiedy były zamykane na klucz, a sąsiad w razie potrzeby pożyczał cukier czy pilnował dzieci, ustąpił miejsca kulturze odizolowanych anklaw.

Wpływ na to ma również struktura własnościowa. Ogromna część nowych mieszkań kupowana jest jako inwestycja pod wynajem. Rotacja lokatorów na takich osiedlach bywa ogromna. Ludzie wyprowadzają się co kilka miesięcy, co skutecznie uniemożliwia zakorzenienie się w lokalnej społeczności i jakiejkolwiek próby poznania ludzi z sąsiednich lokali.

Życzliwy dystans zamiast przyjaźni

Psycholodzy zwracają uwagę, że taki stan rzeczy rzadko wynika z czystej złośliwości czy wrogości. To raczej mechanizm obronny. Po całym dniu w pracy, korkach i gonitwie, dom ma być azylem, w którym człowiek odcina się od bodźców zewnętrznych. Zamiast angażować się w relacje, które bywają źródłem konfliktów czy plotek, wybieramy tzw. życzliwy dystans.

Warto też spojrzeć na to przez pryzmat codziennej logistyki. Kiedyś sąsiad był źródłem informacji i realnego wsparcia w awaryjnych sytuacjach. Dziś tradycyjne wizyty zastąpiliśmy paczkomatami, aplikacjami ułatwiającymi zamawianie jedzenia i grupami na komunikatorach internetowych, gdzie problemy osiedlowe rozwiązuje się bezwzrokowo, za pomocą posta lub komentarza.

Czy tracimy coś ważnego?

Badania nad kapitałem społecznym pokazują jednak, że całkowita anonimowość ma swoją cenę. Samotność w tłumie staje się plagą dużych miast. Choć na co dzień cześć na klatce schodowej nam wystarcza, w momentach kryzysowych brak jakiejkolwiek relacji z ludźmi zza ściany potrafi być dotkliwy. Statystyki pokazują, że niemal połowa Polaków w razie nagłej potrzeby nie miałaby kogo poprosić o pomoc na swoim osiedlu.

Sąsiedzi, którzy nigdy się nie poznają, to symbol współczesnego, zindywidualizowanego świata. Mamy pod ręką cały globalny internet, ale nie wiemy, kto mieszka piętro wyżej. I choć dla wielu jest to definicja świętego spokoju, warto czasem zadać sobie pytanie, czy ten bezpieczny mur nie stał się dla nas zbyt wysoki.

Zostaw odpowiedź