Dlaczego młodzi Polacy coraz później kupują pierwsze mieszkanie

0
1
Dlaczego młodzi Polacy coraz później kupują pierwsze mieszkanie

Współczesny rynek nieruchomości przypomina czasem grę w berka, w której metry kwadratowe uciekają przed kupującymi z prędkością światła. Jeszcze dwie czy trzy dekady temu standardowy scenariusz dorosłego życia zakładał, że tuż po studiach albo pierwszych latach pracy pakuje się walizki do własnego, choćby niewielkiego M. Dziś te ramy mocno się przesunęły. Z danych Eurostatu i analiz rynkowych wynika wyraźnie, że młodzi Polacy coraz później decydują się na zakup pierwszego mieszkania, a wielu z nich na długie lata pozostaje w grupie tak zwanych gniazdowników.

Statystyki nie zmyślają. Z badań Eurostatu wynika, że ponad połowa młodych dorosłych w wieku od 25 do 34 lat w Polsce wciąż mieszka z rodzicami. Choć kulturowo wciąż bardzo mocno tkwi w nas pragnienie posiadania własnego kąta – co potwierdzają wysokie wskaźniki własności mieszkań na tle Unii Europejskiej – sama droga do tego celu stała się wyboista. Kiedyś próg trzydziestu lat był symboliczną granicą na urządzanie się na swoim. Dzisiaj ten wiek to często dopiero moment wstępnych przymiarek do kredytu, o ile w ogóle pozwalają na to realia finansowe.

Cena za metr kwadratowy i kredytowa rzeczywistość

Głównym hamulcowym dla młodego pokolenia są oczywiście finanse. W ostatnich latach ceny mieszkań w największych polskich aglomeracjach rosły w tempie, za którym nie nadążały zwykłe pensje. Kiedy młody człowiek patrzy na oferty deweloperów, gdzie średnie ceny w dużych miastach oscylują wokół kilkunastu tysięcy złotych za metr, szybko dochodzi do trzeźwych wniosków. Zresztą, jak pokazują analizy branżowe, takie jak badania portalu Nieruchomosci-online.pl czy firmy Lendi, osoby przed trzydziestką stanowią obecnie zaledwie ułamek klientów kupujących nowe lokale na własną rękę, ustępując miejsca starszym nabywcom lub inwestorom.

Do tego dochodzi kwestia stabilności zatrudnienia i kosztów kredytów. Wysokie stopy procentowe w minionych latach sprawiły, że zdolność kredytowa stała się dla wielu abstrakcyjnym pojęciem. Nawet jeśli praca jest, to rata miesięczna potrafi pochłonąć sporą część pensji. Jak wskazują analizy rynkowe, młodzi kupujący coraz częściej podchodzą do tematu pragmatycznie: wysokość raty nie może drastycznie obniżać ich codziennego standardu życia. Skoro perspektywa wiązania się trzydziestoletnim zobowiązaniem ma oznaczać zaciskanie pasa we wszystkich innych sferach, wiele osób woli odłożyć tę decyzję na później i wybrać elastyczny najem.

Między wolnością a rodzinnym wsparciem

Styl życia młodego pokolenia również uległ ewolucji. Dzisiejsi dwudziesto- i trzydziestolatkowie cenią sobie mobilność. Chcą mieć możliwość zmiany pracy, wyjazdu do innego miasta czy podróżowania bez kuli u nogi w postaci kredytu hipotecznego. Wynajem przestał być traktowany jako życiowa porażka czy przejściowy stan wyższej konieczności, a stał się świadomym wyborem dającym poczucie wolności. Dopiero w okolicach trzydziestki lub tuż po niej, gdy w grę wchodzi stabilizacja i planowanie rodziny, presja na posiadanie własnych czterech ścian zaczyna brać górę.

Warto też spojrzeć prawdzie w oczy: samodzielny zakup mieszkania bez solidnego zaplecza rzadko jest dziś w ogóle możliwy. Sondaże i raporty ekonomiczne regularnie przypominają o tak zwanym dziedziczonym przywileju. Pomoc finansowa rodziców lub dziadków, wkład własny uzyskany ze sprzedaży rodzinnej działki albo wspólne kredytowanie to elementy, bez których wielu młodych ludzi nie byłoby w stanie przekroczyć progu biura sprzedaży nieruchomości. Ci, którzy nie mogą liczyć na takie wsparcie, zostają w tyle, czekając na lepsze czasy lub programy rządowego wsparcia, które co jakiś czas elektryzują rynek.

Młodzi Polacy nie zrezygnowali z marzeń o własnym domu. Zmienił się jednak czas, w którym te marzenia da się zrealizować. Zamiast pochopnych decyzji na start, wolą poczekać na moment, w którym ich pozycja zawodowa i stan portfela pozwolą na w miarę spokojny sen – bez ciągłego strachu przed kolejną podwyżką stóp procentowych czy nagłym załamaniem budżetu.

Zostaw odpowiedź