Ludzie którzy zamienili wielkie miasto na małą miejscowość

0
1
Ludzie którzy zamienili wielkie miasto na małą miejscowość

Kiedy po raz kolejny utknąłeś w korku na obwodnicy, a za oknem zamiast horyzontu widzisz tylko zderzak dostawczaka sąsiada z pasa obok, w głowie zaczyna kiełkować prosta myśl. A może by tak rzucić to wszystko i wyjechać w Bieszczady? Albo na Mazury, albo do dowolnej małej miejscowości, gdzie rano słychać ptaki, a nie klaksony. Okazuje się, że to marzenie dawno przestało być tylko luźnym żartem przy piwie.

Z danych zgromadzonych w raporcie portalu Nieruchomosci-online.pl oraz Instytutu Rozwoju Miast i Regionów wynika wyraźnie, że przeprowadzka na wieś lub do mniejszej miejscowości marzy się co trzeciemu mieszkańcowi miast wojewódzkich. Dokładnie 33 procent ankietowanych w miastach deklaruje, że taki krok poważnie rozważa. Rekordziści mieszkają w Gdańsku – tam o ucieczce z wielkiego miasta myśli aż 44 procent badanych. Wysoko w tym zestawieniu plasują się też Kielce z wynikiem 39 procent oraz Zielona Góra z 37 procentami.

Dlaczego uciekamy z wielkich miast?

Statystyki Głównego Urzędu Statystycznego i analizy demograficzne pokazują, że polskie wsie i małe gminy od lat zyskują nowych mieszkańców. W rekordowym pod tym względem 2022 roku saldo migracji z miast na wieś osiągnęło poziom plus 53 tysięcy osób. Najczęściej na taki krok decydują się rodziny z dziećmi oraz osoby między trzydziestym a czterdziestym czwartym rokiem życia, które mają już dość ciasnych mieszkań w bloku.

Głównym paliwem tego ruchu są pieniądze oraz zmiana priorytetów życiowych. Ceny nieruchomości w metropolii potrafią przyprawić o zawrót głowy. Za kwotę, którą w Warszawie czy we Wrocławiu trzeba zapłacić za dwupokojowe M z wielkiej płyty, w mniejszej miejscowości można postawić dom z ogrodem albo kupić przestronne siedlisko. Badania portalu Otodom wskazują, że niemal połowa osób wybierających prowincję szuka przede wszystkim świętego spokoju, przestrzeni i bliskiego kontaktu z naturą. Praca zdalna, która na dobre rozgościła się w polskiej gospodarce po pandemii, dopełniła dzieła. Skoro pracować można z laptopa, to lokalizacja biura w centrum stolice traci swoje kluczowe znaczenie.

Rzeczywistość bywa bardziej szara niż trawa za płotem

Zanim jednak spakujemy pudła do samochodu dostawczego, warto spojrzeć na drugą stronę medalu. Życie w małej miejscowości różni się od sielankowych wyobrażeń z Instagrama. Szybko okazuje się, że codzienne dojazdy do pracy w mieście generują korki na drogach wylotowych, a koszty paliwa potrafią skutecznie zjeść oszczędności uzyskane na tańszym metrażu domu.

Do tego dochodzi specyfika lokalnych społeczności. Nowi mieszkańcy, nazywani czasem przez stałych bywalców „miastowymi”, wpadają w pułapkę kulturowego zderzenia. Poranne beczenie owiec czy zapach nawozu na polach, które na prospektach reklamowych wyglądają uroczo, w rzeczywistości potrafią stać się kością niezgody w relacjach z rolnikami prowadzącymi normalną produkcję rolną. Zderzenie miejskiego oczekiwania absolutnej ciszy z wiejskim rytmem pracy bywa bolesne.

Kto zyskuje, a kto traci?

Polska przestrzeń osadnicza zmienia się na naszych oczach. Zjawisko suburbanizacji i ucieczki na prowincję nie zwalnia tempa, napędzane przez pragnienie lepszej jakości życia. To jednak nie jest bezkosztowa sielanka. Przeprowadzka do małej miejscowości wymaga elastyczności, gotowości na kompromisy i rezygnacji z niektórych miejskich udogodnień, takich jak teatr pod blokiem czy całodobowa żabka na rogu. Dla tysięcy Polaków bilans ten nadal wychodzi jednak na duży plus – bo wolność, przestrzeń i własny kawałek trawnika są warte każdej ceny.

Zostaw odpowiedź