Polacy coraz częściej płacą za rzeczy których kiedyś nie potrzebowali

Gdy parę lat temu spytalibyśmy kogokolwiek, czy zamierza co miesiąc płacić stały abonament za dostęp do programu tekstowego, podgrzewaną subskrypcję foteli w samochodzie albo aplikację przypominającą o piciu wody, odpowiedź byłaby krótka. Puknięcie się w czoło to najłagodniejsza z reakcji. Dziś te same usługi opłacamy automatycznie, a pieniądze schodzą z konta, zanim zdążymy mrugnąć okiem.
Z danych Santander Consumer Banku wynika, że aż 62 proc. Polaków posiada co najmniej jedną subskrypcję. Co prawda najczęściej mówimy tu o klasycznym streamingu wideo czy muzyki, po które sięga 86 proc. subskrybentów, oraz o darmowych dostawach typu Allegro Smart, które wybrało 59 proc. badanych. Tyle że apetyt rośnie w miarę jedzenia. Do naszych portfeli na dobre wkradł się model gospodarki dostępu, w którym przestajemy kupować przedmioty na własność, a zaczynamy wynajmować absolutnie wszystko – od sprzętu AGD, przez aplikacje do medytacji, aż po cyfrowe gadżety w smartfonach.
Ile nas kosztuje święty spokój?
Większość z nas uważa, że kontroluje sytuację. Z tych samych statystyk wynika, że 38 proc. użytkowników wydaje na różnego rodzaju cyfrowe i materialne abonamenty od 51 do 100 zł miesięcznie, a kolejne 32 proc. mieści się w przedziale 10-50 zł. Na pierwszy rzut oka – drobiazg. Pięćdziesiąt złotych tu, trzydzieści tam. Wydaje się, że budżet nawet nie zauważy ubytku.
Problem polega na tym, że ludzki mózg absolutnie nie radzi sobie z mikropłatnościami rozproszonymi w czasie. Kiedy podliczymy realny stosik comiesięcznych zobowiązań – dodając do tego aplikacje sportowe, chmurę na zdjęcia, programy do edycji wideo, platformy edukacyjne dla dzieci i pakiety premium w darmowych skądinąd grach – nagle okazuje się, że roczny koszyk zbędnych niegdyś usług pożera pokaźną sumę.
Najbardziej aktywne są najmłodsze roczniki. W grupie wiekowej 18-34 lata ponad 80 proc. osób regularnie opłaca cyfrowe pakiety, traktując je jako całkowicie naturalny element codzienności. Z kolei najnowszy raport VeloBanku pokazuje, że aż 73 proc. Polaków przeznacza największą część budżetu na podstawową żywność i artykuły codzienne, a 35 proc. gospodarств domowych żyje praktycznie z miesiąca na miesiąc bez większych oszczędności. Mimo to na liście wolnych środków, gdy te już się pojawią, królują podróże, wyjścia do restauracji oraz kolejne przyjemności konsumpcyjne.
Ekonomia pragnień, których nie było
Dlaczego tak chętnie płacimy za rzeczy, bez których nasi rodzice radzili sobie znakomicie? Odpowiedź tkwi w sprytnie zaprojektowanej architekturze wygody. Współczesny rynek nie sprzedaje nam już samego produktu. Sprzedaje obietnicę statusu, natychmiastowej gratyfikacji i świętego spokoju.
Kiedyś kupowało się płytę CD albo kasetę raz na kilka miesięcy i słuchało jej do zdarcia. Dziś za kilkadziesiąt złotych miesięcznie dostajemy miliony utworów, ale ilu z nas realnie korzysta z tej biblioteki? Podobnie jest z aplikacjami ułatwiającymi organizację pracy, dietę czy naukę języków. Kupujemy wizję lepszej wersji samego siebie – smuklejszej, bardziej zorganizowanej i mądrzejszej. Płacimy za sam fakt posiadania narzędzia, nawet jeśli po pierwszym tygodniu przestajemy je włączać.
Mechanizm ten doskonale widać w statystykach dotyczących struktur wydatków. Choć inflacja i koszty utrzymania mieszkań (na które wskazuje 61 proc. Polaków jako na główne obciążenie) mocno trzymają nas w ryzach, chętnie ulegamy modelom ratalnym i odroczonym płatnościom. Jak pokazują analizy rynkowe, popularność płatności odroczonych w e-commerce rośnie lawinowo, bo pozwalają natychmiast zaspokoić zachciankę bez bolesnego uszczuplania konta tu i teraz.
Gdzie uciekają pieniądze?
Warto od czasu do czasu zrobić mały audyt własnego portfela i wypisać na kartce wszystko, co co miesiąc pobiera z karty opłatę automatyczną. Często okazuje się, że sponsorujemy platformy streamingowe, na których obejrzeliśmy jeden film w ciągu pół roku, albo pakiety w aplikacjach treningowych, które kurzą się w pamięci telefonu.
Świat się zmienił, a wraz z nim definicja domowej inwentury. Kiedyś kontrolowaliśmy to, co przynosiliśmy do domu w reklamówkach. Dziś najwięcej pieniędzy przepływa przez nas niezauważenie, w postaci cyfrowych strumieni, za które skwapliwie płacimy – często po to, by za chwilę o nich zapomnieć.










