Polacy coraz częściej wychowują dzieci bez wsparcia dalszej rodziny

Współczesny model życia w Polsce przechodzi cichą, ale głęboką metamorfozę. Kiedyś wychowanie dziecka było projektem angażującym całą okolicę, a przynajmniej najbliższą gałąź drzewa genealogicznego. Babcia mieszkająca za ścianą, dziadek znoszący ze strychu stare zabawki czy ciocia wpadająca na niedzielny obiad to obrazki, które mocno zakorzeniły się w naszej tradycji. Dziś jednak rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej. Coraz więcej par i rodziców solo staje przed wyzwaniem, jakim jest codzienne ogarnianie rzeczywistości bez zaplecza w postaci darmowej i elastycznej pomocy ze strony dalszej rodziny.
Zjawisko to nie bierze się z próżni. Dane Głównego Urzędu Statystycznego oraz Narodowego Spisu Powszechnego pokazują wyraźnie, jak mocno kurczą się tradycyjne struktury wielopokoleniowe. Blisko co czwarta rodzina w Polsce tworzona jest przez samotnego rodzica, a statystyki Eurostatu i GUS wskazują, że same matki wychowujące dzieci stanowią blisko 20 procent wszystkich rodzin. Do tego dochodzi ogromna skala migracji zarobkowych, zarówno tych zagranicznych, jak i wewnętrznych. Młodzi ludzie wyprowadzają się z mniejszych miejscowości do wielkich aglomeracji w poszukiwaniu pracy, zostawiając rodziców setki kilometrów dalej. W efekcie dzielą ich nie tylko godziny drogi, ale też codzienna niedostępność.
Kiedy w grę wchodzi nagła gorączka u czterolatka, a w kalendarzu widnieją same nieprzełożone spotkania biznesowe, brak babci na wyciągnięcie ręki przestaje być logistyczną niedogodnością, a staje się źródłem potężnego stresu. Jak wynika z raportu Fundacji Kosmos dla Dziewczynek zatytułowanego Wyczerpani doskonałością, niemal 70 procent rodziców w Polsce często odczuwa poczucie, że mogłoby wychowywać swoje dzieci lepiej, a codzienne przeciążenie fizyczne i psychiczne staje się stałym elementem domowej rutyny. Rodzicielstwo w pojedynkę, bez wsparcia z zewnątrz, przypomina czasem dryfowanie na otwartym morzu bez koła ratunkowego.
Co ciekawe, mimo że fizycznie oddalamy się od siebie, nasze oczekiwania wobec tradycji wciąż są wysokie. Z badań International Social Survey Programme wynika, że aż 75 procent Polaków uważa, iż opieka nad dziećmi w wieku przedszkolnym powinna spoczywać przede wszystkim na rodzinie, a nie na instytucjach publicznych. Zderzenie tych dwóch światów – głębokiego przekonania o sile rodzinnych więzi oraz surowej rzeczywistości opartej na życiu w odosobnieniu – rodzi spore napięcie. Oczekujemy od siebie samowystarczalności, bo tak podpowiada nam współczesny styl życia, ale podświadomie tęsknimy za modelem, w którym ciężar dnia codziennego rozkładał się na kilka par rąk.
Brak zaplecza w postaci dziadków czy bliskich wymusza zupełnie nową organizację życia. Rodzice stają się logistykami na pełnym etacie. Kalendarze pękają w szwach od rozpisanych godzin odbioru z przedszkola, korepetycji, wizyt u lekarza i godzin pracy. Tam, gdzie kiedyś pomagała rodzina, dziś wkracza rynek komercyjny – płatne nianie, kluby malucha, sąsiedzkie mikro-społeczności czy grupy wsparcia na portalach społecznościowych. To jednak generuje spore koszty, które w dobie rosnących wydatków mocno obciążają domowy budżet. Wychowanie dzieci bez darmowego wsparcia krewnych staje się więc luksusem wymagającym sporych zasobów finansowych.
Warto też spojrzeć na to z perspektywy psychologicznej. Wychowywanie dzieci w izolacji od szerszego grona rodzinnego pozbawia najmłodszych naturalnego kontaktu z różnymi perspektywami i doświadczeniami starszego pokolenia. Z kolei sami dorośli tracą bezcenny bufor emocjonalny. Rozmowa z kimś, kto zna nas od dziecka i potrafi spojrzeć na nasze rodzicielskie potknięcia z dystansem, potrafi zdziałać cuda. Kiedy zostajemy z problemami sami w czterech ścianach, łatwiej o wypalenie i poczucie, że robimy wszystko źle.
Zmiana modelu wychowania dzieci na bardziej zatomizowany to fakt, z którym przyszło nam żyć. Nie da się łatwo cofnąć migracji ani zmusić bliskich do przeprowadzki bliżej nas. Możemy jednak przestać udawać, że radzimy sobie ze wszystkim idealnie. Otwarta rozmowa o tym, że rodzicielstwo bez zaplecza bywa wycieńczające, to pierwszy krok do budowania nowych, bardziej elastycznych form sąsiedzkiej i lokalnej pomocy. W końcu do wychowania dziecka potrzeba wioski, a jeśli nie mamy tej tradycyjnej, musimy ją sobie sami stworzyć tuż obok.








