Dlaczego Uber podnosi ceny gdy zaczyna padać

0
2
Dlaczego Uber podnosi ceny gdy zaczyna padać

Znasz to uczucie. Zaczyna mocno kropić, potem niebo otwiera się na dobre, a Ty w tej samej sekundzie odpalasz aplikację do zamawiania przejazdów. Ekran wita Cię nagle wyższą stawką, a czerwone plamy na mapie sygnalizują tak zwane surge pricing, czyli cennik dynamiczny. Pierwsza myśl zazwyczaj nie jest zbyt miła dla portfela.

Często zrzucamy to na zwykłą chciwość korporacji, która próbuje ubić interes na naszym nieszczęściu. Statystyki pokazują jednak, że deszcz drastycznie zmienia zachowania całego miasta. Badania ruchu miejskiego i analizy zachowań pasażerów udowadniają, że w deszczowe godziny liczba zamawianych kursów potrafi wzrosnąć o kilkanaście, a nawet ponad dwadzieścia procent. Nagle setki ludzi w tym samym momencie rezygnują z spaceru czy autobusu.

Jak działa mechanizm popytu i podaży na mokrym ulicach

Algorytm sterujący cenami nie patrzy za okno z współczuciem, tylko na twarde słupki danych w czasie rzeczywistym. Gdy popyt gwałtownie skacze w górę, wolnych aut w okolicy ubywa w oczach. Co ciekawe, w tym samym czasie spada też podaż, bo część kierowców woli zrezygnować z jazdy w trudnych warunkach ze względu na słabą widoczność i korki.

Mamy więc klasyczną dziurę rynkową: chętnych na kurs jest znacznie więcej niż dostępnych kierowców. System podnosi stawkę w celach czysto ratunkowych dla płynności sieci. Wyższa cena ma zadziałać jak magnes dla osób siedzących w domach, które rozważają dorobienie paru groszy.

Dwa zadania algorytmu w deszczowy dzień

Cała ta machina ma do wykonania dwie misje jednocześnie. Pierwszą z nich jest właśnie stymulowanie podaży, czyli zachęcenie kierowców z innych dzielnic, aby ruszyli w stronę opadem strefy. Dodatkowe pieniądze na trasie sprawiają, że ryzyko stania w korkach w strugach deszczu staje się dla nich bardziej opłacalne.

Drugim zadaniem jest delikatne przerzedzenie tłumu chętnych. Gdy cena rośnie dwu lub trzykrotnie, część osób rezygnuje, wybiera tramwaj, postanawia poczekać dwadzieścia minut na spadek cen albo przekłada wyjście. Dzięki temu system nie zatyka się całkowicie, a ci, którzy naprawdę muszą gdzieś dotrzeć na czas i są w stanie zapłacić więcej, faktycznie znajdą wolny samochód.

Krytyka i realia rynku przewozów

Choć ekonomiczne tłumaczenia brzmią logicznie na papierze, pasażerowie mają pełne prawo kręcić nosem. Niezależne analizy rynkowe zwracają uwagę na to, że relacje między wyższą ceną dla klienta a rzeczywistym zarobkiem kierowcy wcale nie są tak oczywiste, jak moglibyśmy sądzić. Część nowych badań nad algorytmami gig economy pokazuje, że platformy potrafią mocno podnosić marżę właśnie w momentach skoków popytu.

Warto też pamiętać, że tradycyjne taksówki czy komunikacja miejska nie zmieniają cen biletów z powodu pogody, co dodatkowo wzmaga poczucie niesprawiedliwości u konsumentów. Tam jednak system działa inaczej i w deszczu po prostu bezskutecznie dzwonisz po wolną korporację, marnując cenne minuty. W świecie aplikacji płacisz więcej, ale zyskujesz znacznie większą szansę na to, że ktoś jednak po Ciebie przyjedzie.

Zostaw odpowiedź