Bilety komunikacji miejskiej drożeją. Samorząd płaci za każdy przejechany kilometr

Każda wizyta w kiosku albo zerknięcie w aplikację biletową w telefonie potrafi dzisiaj popsuć humor. Ceny biletów komunikacji miejskiej rosną w niemal każdym mieście, a pasażerowie z bezsilnością patrzą na kolejne podwyżki. Szybki rzut oka na tradycyjny bilet jednorazowy czy miesięczny może wywołać wrażenie, że przewoźnicy i urzędnicy po prostu przesadzają z marżami. Prawda ukryta w budżetach miast wygląda jednak zupełnie inaczej i ma mało wspólnego ze zwykłą chęcią zysku.
Dlaczego za bilet płacimy tylko ułamek realnej ceny?
Mało kto zdaje sobie sprawę, że pieniądze zostawiane przez nas w kasownikach pokrywają zaledwie niewielką część faktycznych kosztów funkcjonowania transportu publicznego. Z danych analizujących polski rynek samorządowy wynika, że wpływ ze sprzedaży biletów w dużej części miast pokrywa od trzydziestu do maksymalnie połowy wydatków na kursowanie autobusów i tramwajów. Resztę, czyli tę gigantyczną dziurę budżetową, muszą załatać lokalne władze z naszych podatków.
Gdyby miasto miało utrzymać sieć połączeń wyłącznie z pieniędzy biletowych, ceny jednorazówek musiałby skoczyć do kilkunastu złotych za przejazd. Wtedy tramwaje i autobusy woziłyby głównie powietrze, bo niewielu obywateli mogłoby sobie pozwolić na taki luksus. Samorządy dopłacają więc miliony rocznie, żeby ratować mobilność mieszkańców i ściągnąć ich z prywatnych samochodów.
Jak działa tajemniczy wozokilometr?
Wszystko kręci się wokół pojęcia, o którym rzadko słyszy się w codziennych rozmowach, a mianowicie wokół wozokilometra. To nic innego jak koszt przejechania jednego kilometra trasy przez autobus, tramwaj czy trolejbus. Samorząd, zlecając miejskiej spółce lub prywatnemu przewoźnikowi wykonanie konkretnej pracy przewozowej, płaci za każdy przejechany przez pojazd kilometr. Nie ma znaczenia, czy w środku siedzi pięćdziesiąt osób, czy jedzie pusty kurs o świcie – rachunek musi zostać uregulowany.
Na ten koszt składa się cała masa składowych, które w ostatnich latach drastycznie poszły w górę. Kierowcy oczekują podwyżek pensji ze względu na inflację i trudne warunki pracy, a ceny paliw oraz prądu potrzebnego do zasilania tramwajów potrafią przyprawić o ból głowy. Do tego dochodzą raty za nowoczesny, niskoemisyjny tabor oraz bieżące naprawy drogiego sprzętu.
Rosnące koszty i szukanie nowych rozwiązań
Wydatki samorządów na transport publiczny puchną z roku na rok w lawinowym tempie, co zmusza urzędników do podejmowania trudnych decyzji. Miasta decydują się na podwyżki cen biletów, tłumacząc to rosnącymi kosztami obsługi tras. Przykładowo, w Szczecinie czy mniejszych ośrodkach ceny skakały o kilkadziesiąt procent, bo dotychczasowe taryfy nie nadążały za rzeczywistością gospodarczą.
Niektóre samorządy próbują jednak rewolucjonizować podejście do opłat, żeby sprawiedliwiej dzielić koszty między pasażerów. Przykładem jest Kraków, który wprowadza nowoczesne taryfy rozliczane dokładnie za pokonany dystans, a nie za czas spędzony w pojeździe. Dzięki temu pasażer płaci za faktycznie przejechane kilometry, co ma być alternatywą dla sztywnych biletów okresowych.
Gdzie leży granica wytrzymałości samorządowych budżetów?
Sytuacja staje się coraz bardziej napięta, bo lokalne budżety nie są z gumy, a wydatki na oświatę, drogownictwo czy pomoc społeczną również rosną. Płacenie za każdy przejechany przez autobus kilometr staje się dla mniejszych gmin ogromnym obciążeniem finansowym, co prowadzi czasem do bolesnych decyzji o cięciu rzadziej uczęszczanych kursów. W rezultacie mieszkańcy mniejszych miejscowości tracą połączenia z większymi ośrodkami, co pogłębia wykluczenie komunikacyjne.
Kolejne podwyżki biletów wydają się w tej układance nieuniknione, dopóki system finansowania transportu publicznego nie dostanie mocniejszego wsparcia systemowego. Pasażerowie muszą więc przygotować się na to, że podróżowanie po mieście będzie coraz droższe, a samorządy będą szukać oszczędności tam, gdzie to tylko możliwe, bez drastycznego ograniczania siatki połączeń.










