Najdroższe technologie których prawie nikt nie potrzebuje

0
0
Najdroższe technologie których prawie nikt nie potrzebuje

Rynek nowych technologii od lat działa według prostego schematu: im coś droższe i bardziej błyszczące, tym głośniej korporacje przekonują nas, że bez tego nie da się normalnie żyć. Problem polega na tym, że gdzieś w połowie drogi między użytecznym sprzętem a czystym marketingowym absurdem leżą wynalazki, za które ktoś żąda fortuny, choć ich realna przydatność oscyluje w okolicach zera. Ludzkość ma dziwną słabość do kupowania rzeczy, które wyglądają jak wyjęte z filmów science-fiction, ale w codziennym życiu okazują się po prostu drogimi przyciskami do papieru.

Spójrzmy chociażby na smartwatche wysadzane diamentami, luksusowe wersje telefonów pokryte 24-karatowym złotem czy domowe urządzenia AGD naszpikowane sztuczną inteligencją, w których zaparzenie zwykłej kawy wymaga przejścia przez trzy aplikacje mobilne i założenia konta w chmurze. Płacenie równowartości rocznego czynszu za sprzęt, który robi dokładnie to samo co urządzenie dziesięć razy tańsze, to zjawisko, które dawno przestano tłumaczyć logiką. Tutaj płaci się wyłącznie za poczucie posiadania czegoś, co ma wbudowaną funkcję łechtania próżności.

Złote koperty i fikcyjne potrzeby

Kiedy Apple wypuściło na rynek swoje złote zegarki za kilkanaście tysięcy dolarów, rynek szybko zweryfikował ten eksperyment. Po roku czy dwóch okazało się, że elektronika starzeje się szybciej niż jakikolwiek szlachetny kruszec. Procesor w środku staje się przestarzały, bateria traci swoją żywotność, a Ty zostajesz z drogim kawałkiem złota, który nie obsługuje już najnowszych aktualizacji systemu. To technologiczna ślepa uliczka w najczystszej postaci.

Podobnie rzecz ma się z różnego rodzaju designerskimi gadżetami dla fanów ekstrawagancji, takimi jak pozłacane etui na słuchawki czy luksusowe breloczki lokalizacyjne kosztujące tyle co używany samochód. Różnią się od standardowych wersji niemal wyłącznie wykończeniem, które w niczym nie poprawia jakości dźwięku ani precyzji działania. W świecie, gdzie przeciętny Kowalski szuka w elektronice oszczędności i wygody, te absurdalnie drogie przedmioty funkcjonują w zupełnie innej rzeczywistości – takiej, gdzie cena jest jedyną unikalną wartością.

Inteligentna lodówka, która wie o Tobie za dużo

Innym polem minowym są nowoczesne domowe technologie, które zyskują przedrostek smart tylko po to, żeby podbić cenę trzykrotnie. Kto z nas faktycznie potrzebuje lodówki z wielkim ekranem dotykowym, systemem operacyjnym i kamerą w środku, która ma nas informować, że w pojemniku na warzywa skończyła się marchewka? Koszt zakupu takiego urządzenia potrafi sięgnąć kilkunastu tysięcy złotych, a awaria płyty głównej po okresie gwarancyjnym oznacza rachunek serwisowy przyprawiający o zawrót głowy.

Zamiast ułatwiać życie, te skomplikowane systemy często generują nowe problemy. Wymagają stałego dostępu do sieci, aktualizacji, które potrafią popsuć podstawowe funkcje, oraz dedykowanych serwisów. Płacimy gigantyczne pieniądze za technologię, która zamiast trwać przez lata, starzeje się technologicznie szybciej niż tradycyjny sprzęt AGD sprzedawany za ułamek tej kwoty.

Kto za to płaci?

Paradoksalnie, najdroższe technologie rzadko trafiają w ręce inżynierów czy osób, które mogłyby realnie wykorzystać ich moc obliczeniową lub unikalne parametry. Ich głównym odbiorcą jest segment luxury oraz kolekcjonerzy, dla których cena nie gra roli, dopóki produkt potrafi przyciągnąć wzrok na zdjęciu w mediach społecznościowych.

Kupowanie sprzętu, którego nikt realnie nie potrzebuje, to idealny dowód na to, że rozwój technologiczny napędzany jest nie tylko przez realne zapotrzebowanie rynkowe, ale też przez czystą, niczym nieskrępowaną potrzebę kreowania sztucznych trendów. Dopóki na świecie będą tłumy gotowe wydać fortunę na drogie błahostki, producenci będą chętnie dostarczać kolejne kosztowne gadżety, które po rozpakowaniu z pudełka lądują na dnie szuflady.

Zostaw odpowiedź