Dlaczego sklepy podnoszą ceny tuż przed dużymi promocjami

0
1
Dlaczego sklepy podnoszą ceny tuż przed dużymi promocjami

Lista zakupów w telefonie, odliczana godzina do startu wielkich wyprzedaży i przekonanie, że oto upoluje się coś za ułamek ceny. Każdy z nas wszedł w ten schemat przynajmniej raz. A potem pojawia się to dziwne uczucie, kiedy okazuje się, że ta sama kurtka czy ekspres do kawy tydzień temu kosztowały dokładnie tyle samo, albo co gorsza – mniej. Badania rynkowe przygotowane przez UCE RESEARCH i Shopfully Poland pokazują brutalną prawdę o nawykach handlowców: aż 71,9% polskich konsumentów zauważa, że sklepy celowo i sztucznie podnoszą ceny tuż przed wielkimi akcjami promocyjnymi, takimi jak Black Friday czy okres przedświąteczny.

Skąd ten mechanizm i dlaczego sprzedawcy tak chętnie po niego sięgają? Odpowiedź kryje się w prostej matematyce marż i ludzkiej psychologii. Kiedy zbliża się gorący okres handlowy, sklepy wiedzą jedno: uwaga masowego klienta jest rozproszona, a presja czasu robi swoje. Podnoszenie cen na dwa lub trzy tygodnie przed wyprzedażą to najprostszy sposób na napompowanie tzw. ceny odniesienia. Dzięki temu przekreślona stara stawka kłuje w oczy wielkością, a nowa, „promocyjna” cena wygląda jak okazja życia, chociaż w rzeczywistości jest zbliżona do standardowej stawki z normalnego dnia roku.

Psychologia cyferek i czerwonych metek

W handlu rzadko kiedy dzieje się cokolwiek przez przypadek. Za każdą gigantyczną czerwoną etykietą stoi sztab analityków, którzy testują granice cierpliwości i świadomości kupujących. Powszechność tego zjawiska potwierdzają twarde dane. W tym samym badaniu niemal 84% konsumentów zadeklarowało, że regularnie sprawdza autentyczność przecen za pomocą internetowych porównywarek cen oraz historii zmian stawek. Kliienti przestali być bezbronni, ale machina handlowa nie zwalnia tempa, bo dla części kupujących impulsywne działanie wciąż wygrywa ze zdrowym rozsądkiem.

Co ciekawe, presja na sprzedawców ze strony państwowych instytucji rośnie. Prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów wielokrotnie przypominał o twardych zasadach. Zgodnie z przepisami, które weszły w życie wraz z unijną dyrektywą Omnibus, każdy sklep ma bezwzględny obowiązek pokazywania obok ceny promocyjnej najniższej ceny tego towaru z ostatnich 30 dni. To bat na handlowców, którzy chcą bawić się w podnoszenie cen tuż przed startem rabatów. Jeśli produkt kosztował 100 zł, potem podskoczył do 150 zł, a na wyprzedaży jest oferowany za 120 zł, to sprzedawca musi uczciwie pokazać, że najniższa cena w minionym miesiącu wynosiła jednak 100 zł.

Czy prawo wyeliminowało kombinowanie?

Teoria swoje, a rzeczywistość potrafi zaskoczyć. Choć przepisy obowiązują już od dłuższego czasu, handlowcy znaleźli dziesiątki furtek, by utrzymać elastyczność cenową. Zamiast prostego podnoszenia kwot na półkach, popularne stały się skomplikowane programy lojalnościowe, specjalne kody rabatowe dostępne tylko w aplikacjach mobilnych czy oferty wiązane. W takich modelach tradycyjne oznaczanie historii cen bywa dla sklepów niewygodne, co wciąż generuje sporo napięć na linii konsument – urząd regulacyjny.

Dlatego najlepszym narzędziem w starciu z marketingową iluzją pozostaje chłodna kalkulacja i korzystanie z cyfrowych narzędzi analitycznych. Zamiast wierzyć w hasła o „ostatnich sztukach” i „historycznych rabatach”, warto poświęcić minutę na sprawdzenie, ile dany towar kosztował miesiąc wcześniej. Sklepy podnoszą ceny przed promocjami, bo to się po prostu opłaca – dopóki kupujący pozwalają się gonić w tym wyścigu na emocje. Świadomość tych mechanizmów to najkrótsza droga do tego, by czarny piątek lub letnia wyprzedaż faktycznie przyniosły oszczędności, a nie ubytek w domowym budżecie.

Zostaw odpowiedź