Kieszonkowe odtwarzacze CD miały być nieśmiertelne. MP3 zakończyło ich epokę

Kiedy w 1984 roku na rynku pojawił się pierwszy przenośny odtwarzacz CD od Sony, model D-50, świat muzyki zmienił się na dobre. Krążki kompaktowe obiecywały krystalicznie czysty dźwięk bez szumów, a kieszonkowe odtwarzacze miały być nieśmiertelnym standardem na długie dziesięciolecia. W tamtym czasie analogowe kasety powoli zaczynały ustępować miejsca cyfrowej rewolucji. Wydawało się, że nic nie jest w stanie zagrozić lśniącym płytom, które dumnie nosiliśmy w plecakach i torbach.
Złoty wiek kompaktów przyniósł gigantyczne wyniki sprzedaży, a cały rynek muzyczny notował rekordy. Statystyki pokazują, że globalna sprzedaż płyt CD osiągnęła swój historyczny szczyt w 2000 roku, kiedy to na całym świecie rozprowadzono blisko 2,5 miliarda krążków. Małe odtwarzacze CD przeżywały wtedy swój najlepszy okres, mimo że ich konstrukcja miała swoje kaprysy. Wszyscy pamiętamy, jak mocniejsze mocniejsze potrząśnięcie urządzeniem podczas biegu czy jazdy autobusem potrafiło bezlitośnie przerwać ulubioną piosenkę.
Producenci próbowali ratować sytuację, wprowadzając systemy antywstrząsowe i miniaturyzując sprzęt do granic możliwości. Powstawały zaawansowane modele, które potrafiły odczytywać pliki skompresowane, a pod koniec swojej ery osiągały imponujący czas pracy na baterii. Jednak tradycyjna fizyczna płyta miała jedną wady, której nie dało się przeskoczyć – jej gabaryty. Na jednym krążku mieściło się zaledwie kilkanaście utworów, co przy rosnącym apetycie na muzykę zaczynało mocno uwierać.
W tym samym czasie w laboratoriach i na powoli rozkręcającym się internecie rodził się standard, który miał zburzyć ten porządek. Algorytm kompresji dźwięku opracowany przez niemieckich inżynierów pod kierunkiem Karlaheinza Brandenburga sprawił, że wielkie pliki muzyczne zacisnęły się do ułamka swojej pierwotnej objętości. Początkowo format MP3 był traktowany przez wielkie wytwórnie z przymrużeniem oka jako ciekawostka o gorszej jakości brzmienia. Szybko okazało się jednak, że gigantyczna wygoda i brak konieczności noszenia ze sobą plastykowego albumu całkowicie zmienia postacie rzeczy.
Prawdziwym gwoździem do trumny kieszonkowych odtwarzaczy CD stało się pojawienie cyfrowych odtwarzaczy wyposażonych w pamięć flash oraz dyski twarde. Urządzenia takie jak kultowy Rio czy późniejsze iPody pozwalały zmieścić w kieszeni koszuli całą bibliotekę liczącą setki lub tysiące utworów. W starciu z urządzeniem, które nie zacinało się przy byle drgnęciu i mieściło dyskografię kilkunastu wykonawców, tradycyjny Discman nie miał szans w rynkowym wyścigu.
Zmiana nawyków konsumenckich nastąpiła błyskawicznie, spychając potężny przemysł kompaktowy do głębokiej defensywy. Producenci elektroniki zaczęli masowo zwijać linie produkcyjne przenośnych odtwarzaczy CD na początku lat dwutysięcznych, ustępując miejsca cyfrowej rewolucji, a później wszechobecnym smartfonom. Dziś dawne flagowe odtwarzacze płyt to rarytasy dla kolekcjonerów oraz ciekawa pamiątka minionej epoki. Historia ta pokazuje, że nawet najbardziej uwielbiane technologie ustępują miejsca rozwiązaniom, które dają użytkownikowi po prostu święty spokój i maksymalną swobodę.










