Telewizory 3D miały być przyszłością salonu. Widzowie szybko stracili zainteresowanie

Kiedy w 2009 roku na ekrany kin wszedł kultowy dziś Avatar, branżą elektroniczną wstrząsnął prawdziwy szok. Płótna kinowe mieniły się głębią, a gigantyczne koncerny technologiczne natychmiast zapragnęły przenieść ten niesamowity efekt do domowych salonów. Wydawało się, że tradycyjne ekrany odeszły do lamusa raz na zawsze, a przyszłość należy wyłącznie do trójwymiaru. Minęła jednak zaledwie dekada i po telewizorach 3D nie został praktycznie żaden ślad na sklepowych półkach. Jak do tego doszło, że technologiczny hit ostatecznie podzielił los kinowej ciekawostki z ubiegłego stulecia?
Kluczem do zrozumienia tej spektakularnej porażki jest uświadomienie sobie, że rynkowy boom nie wynikał z realnych potrzeb milionów odbiorców. W 2010 roku producenci rzucili na rynek gigantyczne siły marketingowe, a klienci przez chwilę chętnie sięgali po nowinki. Dane pokazują, że w swoim złotym okresie, czyli około 2012 roku, telewizory z obsługą trójwymiaru generowały aż 23 procent wszystkich wpływów ze sprzedaży odbiorników. Brzmi to jak wielki sukces, ale piekło tkwiło w szczegółach. Czas pokazał, że klienci kupowali po prostu nowe, duże ekrany, które w pakiecie posiadały zbędną dla wielu funkcję 3D.
Największym grzechem technologii okazała się jej codzienna uciążliwość, o której marketingowcy wolieli głośno nie mówić. Aby obejrzeć film w domowym zaciszu, każdy domownik musiał założyć na nos specjalne okulary. W kinie robimy to bez mrugnięcia okiem na dwie godziny, ale siedzenie w przyciemnianym salonie w plastiko-szklanych oprawkach to zupełnie inna para kaloszy. Do wyboru były drogie, wymagające ciągłego ładowania okulary aktywne albo tańsze wersje pasywne, które z kolei psuły jakość obrazu. Jeśli ktoś nosił już okulary korekcyjne, seans zamieniał się w drogę przez mękę, bo nakładanie jednej pary na drugą szybko powodowało ból głowy i zmęczenie oczu.
Do trumny z napisem domowe 3D gwoździe wbijał też permanentny brak ciekawych materiałów. Stacje telewizyjne szybko zorientowały się, że produkcja treści w trójwymiarze jest droga i skomplikowana. Największe amerykańskie inicjatywy, takie jak dedykowany kanał ESPN 3D czy projekty platformy DirecTV, zwinęły się z rynku już odpowiednio w 2013 i 2012 roku. Widzowie zostali na lodzie z drogim sprzętem i garścią płyt Blu-ray, których nikt nie chciał masowo nagrywać. Wygodny streaming internetowy zaczął przejmować stery, a platformy VOD w ogóle nie były zainteresowane rozwijaniem formatu, który wymagał od widzów gimnastyki z akcesoriami.
Kiedy w 2016 roku odsetek wydatków na odbiorniki 3D skurczył się na rynku do ledwie 8 procent, producenci przestali udawać, że trójwymiar ma przed sobą jakąkolwiek przyszłość. W ślad za Samsungiem, który wygasził tę linię wcześniej, gigantyczne koncerny pokroju Sony oraz LG oficjalnie ogłosiły całkowitą rezygnację z technologii 3D w nowych modelach. Zamiast tego branża skierowała wszystkie zasoby w stronę rozdzielczości 4K, technologii HDR oraz inteligentnych systemów Smart TV. Te rozwiązania faktycznie poprawiały komfort oglądania, nie wymagając od nikogo zakładania śmiesznych okularów.
Historia telewizorów 3D to dziś doskonała lekcja pokory dla całej branży elektroniki użytkowej. Pokazuje ona jak na dłoni, że nawet najbardziej widowiskowy efekt wizualny przegrywa z czystą wygodą codziennego użytkowania. Konsumenci nie chcą komplikować sobie życia technologią, która zamiast relaksu przynosi zmęczenie oczu i ograniczenia. Wolimy proste, jasne i ostre ekrany 4K, które działają od razu po wyjęciu z pudła. I trudno się temu dziwić, w końcu salon ma być miejscem odpoczynku, a nie prywatnym kinem wymagającym noszenia rekwizytów.










