Polaroid wrócił dzięki nostalgii za zdjęciem którego nie można edytować

W czasach, gdy w naszych kieszeniach nosimy miniaturowe komputery z obiektywami robiącymi ostrzejsze zdjęcia niż niejeden profesjonalny aparat sprzed lat, mogłoby się wydawać, że fotografia natychmiastowa ostatecznie odeszła do lamusa. Dostępność setek filtrów, aplikacji wygładzających zmarszczki i algorytmów sztucznej inteligencji sprawia, że każde cyfrowe ujęcie możemy doprowadzić do idealnego stanu w ułamku sekundy.
Tymczasem rynek mówi zupełnie co innego. Globalna wartość sektora aparatów natychmiastowych rośnie, osiągając według danych rynkowych poziom miliardów dolarów, a statystyki pokazują stałą, stabilną tendencję wzrostową . Co ciekawe, za ten niespodziewany renesans odpowiadają w dużej mierze młodzi ludzie, dla których klasyczny Polaroid czy Fujifilm Instax to nowość, a nie powrót do czasów młodości .
Magia nieedytowalnego kadru
Największą siłą tradycyjnych aparatów natychmiastowych jest to, czego w cyfrowym świecie panicznie się boimy – brak jakiejkolwiek kontroli nad ostatecznym efektem po naciśnięciu spustu migawki. Nie da się tutaj podejrzeć zdjęcia na ekranie, odrzucić rozmazanego ujęcia ani nałożyć cyfrowego retuszu, który ukryje niedoskonałości.
Każda klisza kosztuje konkretne pieniądze, co sprawia, że do robienia zdjęć podchodzimy z zupełnie inną uwagą. Zamiast strzelać trzydzieści identycznych fotografii w nadziei, że na jednej z nich wyjdziemy korzystnie, dostajemy jedną szansę. Jeśli zdjęcie wyjdzie ciemne, ucięte albo ktoś mrugnie, staje się ono unikalną pamiątką pełną charakteru, a nie plikiem do natychmiastowego usunięcia z karty pamięci.
Dlaczego pokolenie smartfonów pokochało analog?
Dla młodego pokolenia, które dorastało w otoczeniu chmur danych i nieskończonych galerii w telefonie, cyfrowe fotografie straciły swoją materialną wartość. Setki zdjęć gniją gdzieś w czeluściach cyfrowych dysków, rzadko kiedy oglądane i jeszcze rzadziej wywoływane w formie fizycznej.
Mały, kwadratowy papierek z charakterystyczną białą ramką to coś zupełnie innego, bo można go dotknąć, przypiąć magnesem do lodówki albo włożyć za etui telefonu. To namacalny dowód spędzonej chwili, który nie zniknie w wyniku awarii serwera czy wygaśnięcia subskrypcji w chmurze.
Świadome spowalnianie rzeczywistości
Wielu ekspertów zajmujących się trendami kulturowymi wskazuje, że popularność Polaroidów to nic innego jak forma cyfrowego detoksu i buntu przeciwko wszechobecnemu pośpiechowi. Czekanie, aż biały prostokąt powoli wywoła się w naszych dłoniach, uczy cierpliwości, której coraz bardziej nam brakuje w codziennym pędzie za powiadomieniami.
To mały rytuał, który zmusza do zatrzymania się w biegu i bycia tu i teraz. Skoro nie da się niczego poprawić ani przyspieszyć, akceptujemy rzeczywistość taką, jaką ona jest – lekko rozmazaną, niedoskonałą, ale za to w stu procentach autentyczną.










