Jak Chiny zbudowały swoją przewagę w produkcji baterii

0
3
Jak Chiny zbudowały swoją przewagę w produkcji baterii

Gdy dzisiaj myślimy o nowoczesnych technologiach, rzadko zastanawiamy się nad tym, co tak naprawdę napędza smartfony, samochody elektryczne czy ogromne magazyny energii. Tymczasem sercem tej zielonej rewolucji są akumulatory litowo-jonowe. A jeśli sprawdzimy, skąd one pochodzą, szybko okaże się, że świat stał się w tej kwestii niemal całkowicie zależny od jednego gracza. Chiny kontrolują obecnie ponad 70% globalnego rynku baterii do aut elektrycznych, a w przypadku niektórych tańszych technologii ich udział ociera się o absolutny monopol. Jak do tego doszło i dlaczego Zachód obudził się z ręką w nocniku?

Wczesny start i strategiczna wizja państwa

Historia chińskiej dominacji nie zaczęła się wczoraj ani nawet dzść niedawno. Podczas gdy zachodnie koncerny motoryzacyjne jeszcze kilka lat temu traktowały napęd elektryczny jak kosztowną ciekawostkę i trzymały się tradycyjnych silników spalinowych, Pekin podjął zupełnie inną decyzję. Rząd w Warszawie, to znaczy przepraszam, rząd w Pekinie już na początku XXI wieku uznał baterie za strategiczny zasób narodowy.

Zamiast czekać na ruch wolnego rynku, państwo pompowało miliardy w badania, subsydiowało zakupy aut dla obywateli i budowało całe ekosystemy przemysłowe. Chińskie firmy dostawały tanie kredyty i potężne wsparcie, dzięki czemu mogły bez obaw eksperymentować i rozwijać produkcję na gigantyczną skalę. Kiedy inni dopiero planowali pierwsze fabryki, w Chinach stały już całe zagłębia technologiczne.

Od surowców po gotowy produkt, czyli wszystko pod jednym dachem

Wielką siłą chińskiego przemysłu nie jest sam montaż ogniw, ale tzw. integracja pionowa. Chiny mądrze rozegrały sprawę surowców. Choć nie wszędzie leżą największe złża litu, niklu czy kobaltu na świecie, to właśnie w Chinach skupiono lwią część globalnych zdolności ich przetwórstwa. Z surowcem sprowadzanym z Afryki czy Ameryki Południowej robią to, co potrafią najlepiej – zamieniają go w czyste komponenty najwyższej jakości.

Proces produkcji samej baterii to zresztą piekielnie skomplikowane zadanie, liczące często od 700 do nawet 1000 rygorystycznych kroków. Wystarczy drobny błąd na jednym etapie, żeby cała partia ogniw lądowała w koszu. Chińskie giganty, takie jak CATL czy BYD, doprowadziły ten proces do perfekcji, automatyzując fabryki i obniżając koszty jednostkowe do poziomu, z którym nikt w Europie czy USA nie jest w stanie wygrać cenowo.

Rewolucja tańszych baterii i bezwzględna skala

Kluczem do sukcesu okazał się też wybór odpowiedniej chemii. Podczas gdy Zachód stawiał głównie na droższe ogniwa typu NMC, czyli nikowo-manganowo-kobaltowe, Chiny mocno zainwestowały w technologię LFP, czyli litowo-żelazowo-fosforanową. Są one tańsze w produkcji, bezpieczniejsze i niezwykle trwałe. Dziś około 98% światowych mocy produkcyjnych ogniw LFP znajduje się właśnie w Chinach.

Skala tego zjawiska poraża. Z szacunków rynkowych wynika, że chińskie fabryki potrafią wyprodukować znacznie więcej ogniw, niż wynosi aktualne zapotrzebowanie tamtejszego rynku. Powstająca nadwyżka trafia na cały świat, co sprawia, że lokalne europejskie inicjatywy – jak chociażby znany szwedzki projekt Northvolt – mają ogromne problemy z utrzymaniem rentowności i konkurowaniem z tanim importem.

Czy Zachód ma jeszcze szansę nadgonić ten dystans?

Próby uniezależnienia się trwają, ale dogonienie lidera nie jest proste. Zbudowanie nowoczesnej gigafabryki od zera to jedno, ale zdobycie know-how, wyszkolenie ludzi i zabezpieczenie czystego łańcucha dostaw to zupełnie inna historia. Europa i Stany Zjednoczone wprowadzają kolejne cła i pakiety ochronne, jednak na efekty przyjdzie nam poczekać jeszcze kilka lat. Wygląda więc na to, że przez najbliższy czas będziemy tankować prąd do naszych urządzeń i aut dzięki technologii, którą Chiny budowały konsekwentnie przez dwie dekady.

Zostaw odpowiedź