Co stało się z polskimi kurortami po sezonie

0
1
Co stało się z polskimi kurortami po sezonie

Gdy wrzesień zagląda w okna, a szkoły otwierają drzwi dla uczniów, polskie kurorty nadmorskie z dnia na dzień zmieniają swoje oblicze. Jeszcze chwilę temu deptaki uginały się pod ciężarem wczasowiczów, a znalezienie wolnego miejsca na plaży graniczyło z cudem. Zgodnie z danymi Głównego Urzędu Statystycznego w lipcu i sierpniu na samym tylko wybrzeżu wypoczywało ponad 2 miliony turystów, którzy wygenerowali blisko 9 milionów noclegów. Kiedy jednak opada letni kurz, w miejscowościach takich jak Kołobrzeg, Mielno czy Władysławowo następuje niemal natychmiastowe wyciszenie.

Wielu właścicieli pensjonatów, budek z goframi czy smażalnik ryb zamyka swoje biznesy na cztery spusty już w pierwszych dniach września. Dla branży turystycznej ten moment oznacza czas liczenia zysków z minionych miesięcy oraz zasłużony odpoczynek po intensywnym sezonie. Z danych GUS wynika, że blisko dwie trzecie wszystkich obiektów noclegowych nad morzem ma charakter typowo sezonowy. Oznacza to, że po prostu znikają one z turystycznej mapy na całą jesień i zimę, a lokalna gospodarka zwalnia bieg.

Miasta widma czy oazy spokoju?

Z perspektywy kogoś, kto odwiedza polskie wybrzeże po raz pierwszy po sezonie, widok opustoszałych ulic może być sporym zaskoczeniem. Zamiast kolejek po lody i wszechobecnego zgiełku dostajesz przestrzeń, ciszę i zupełnie inny rytm dnia. Miejscowości, które latem pękały w szwach, nagle stają się spokojnymi osiedlami, gdzie mieszkańcy w końcu mogą swobodnie porozmawiać na ulicy. To idealny moment na tak zwany powolny wypoczynek, który cieszy się coraz większym wzięciem wśród osób zmęczonych miejskim hałasem.

Oczywiście życie w kurortach zamiera tylko pozornie, bo zmienia się po prostu jego grupa docelowa. Zamiast rodzin z dziećmi i nastolatków na plażach pojawiają się seniorzy oraz pary szukające ucieczki od codzienności. Hotele oferujące strefy spa i baseny przeżywają oblężenie podczas weekendów, proponując gościom pakiety w nieco bardziej przystępnych cenach niż w lipcu. Bałtyk jesienią i zimą ma zresztą zupełnie inne atuty, o których latem można pomarzyć.

Dlaczego warto pojechać nad morze jesienią

Największym skarbem polskiego wybrzeża po sezonie jest czyste powietrze napędzane jesiennymi i zimowymi sztormami. Zgodnie z badaniami i wiedzą medyczną to właśnie wtedy stężenie zdrowego jodu w nadmorskim powietrzu osiąga najwyższe wartości. Spacer pustą, szeroką plażą, gdy wiatr smaga twarz, a fale huczą głośniej niż zwykle, działa na układ oddechowy jak najlepsze lekarstwo. Do tego dochodzi polowanie na bursztyny, które po silniejszych wiatrach są wyrzucane na brzeg przez morze.

Ceny noclegów również potrafią zaskoczyć na plus, bo po zakończeniu wakacji spadają one nawet o kilkadziesiąt procent. Właściciele obiektów, którzy decydują się na całoroczną działalność, muszą jakoś przyciągnąć gości w środku tygodnia. Dzięki temu za pobyt w komfortowych warunkach zapłacisz znacznie mniej niż w szczycie letnich upałów. To prosty rachunek ekonomiczny, który sprawia, że jesienne wyprawy nad morze przestały być niczym dziwnym.

Co dzieje się z lokalnymi mieszkańcami

Gdy turyści wyjeżdżają, dla stałych mieszkańców kurortów zaczyna się tak zwany normalny rok. To czas na remonty domów letniskowych, odświeżanie pokoi gościnnych i planowanie inwestycji przed kolejnymi wakacjami. Wiele osób zatrudnionych w sezonie w gastronomii czy hotelarstwie szuka w tym okresie innej pracy lub po prostu odpoczywa po kilkumiesięcznym maratonie. Lokalne samorządy z kolei biorą głęboki oddech i zabierają się za remonty dróg oraz infrastrukturę, na którą latem nie było czasu.

Polskie kurorty po sezonie wcale nie umierają, lecz po prostu zrzucają krzykliwą, letnią maskę. Zamiast masowej rozrywki oferują bliskość natury, święty spokój i czas na złapanie oddechu. Jeśli więc zastanawiasz się nad wyjazdem nad Bałtyk jesienią, możesz spodzierać się zupełnie innego, o wiele bardziej przyjaznego oblicza naszej polskiej riwiery.

Zostaw odpowiedź