Dlaczego Biedronka i Lidl tak często budują sklepy obok siebie

Spacerujesz czasem po okolicy i nagle widzisz osobliwy widok. Obok siebie, niemal dzieląc ten sam parking, stoją dwa dobrze znane budynki z dyskontami. Wzrok od razu przyciągają jaskrawe logotypy, które konkurują ze sobą o każdego klienta. Taki obrazek nikogo już dziś nie dziwi w polskich miastach.
Sąsiedztwo z wyboru, a nie z przypadku
Może się wydawać, że otwieranie sklepu tuż obok głównego rywala to czysty biznesowy szaleńczy krok. Przecież logiczne wydaje się uciekanie od konkurencji jak najdalej, żeby zagarnąć całą okolicy dla siebie. Analitycy rynku i ekonomiści mają jednak na ten temat zupełnie inne zdanie. Taka bliskość to wcale nie przypadek, a przemyślana strategia.
Eksperci od handlu detalicznego często powołują się na tak zwany efekt rygla albo klasyczny efekt aglomeracji. Chodzi o to, że ludzie przyzwyczaili się do robienia zakupów w konkretny sposób. Sklepy z tej samej branży przyciągają tłumy w jedno miejsce, bo klient wie, że tam na pewno załatwi wszystkie codzienne potrzeby. Skoro w jednym punkcie skupia się duży ruch, to obie marki chcą z niego skorzystać.
Wygoda dla klienta i psychologia zakupów
Człowiek z natury bywa wygodny i szuka rozwiązań najprostszych. Kiedy jedzie po zakupy, woli mieć pewność, że znajdzie wszystko na jednej ulicy. Jeśli w jednym sklepie zabraknie ulubionego masła albo kolejki do kas będą za długie, wystarczy przejść kilkanaście metrów dalej.
Ta bliskość sprawia, że cała okolica staje się handlowym centrum mikrodzielnicy. Konsumenci rzadko jadą na drugi koniec miasta do pojedynczego marketu, jeśli po drodze mają zagęszczenie silnych graczy. W ten sposób obie sieci napędzają sobie nawzajem klientów, choć publicznie toczą ze sobą zażartą walku o każdego grosza.
Wojna nerwów i podglądanie rywala
Bliskie sąsiedztwo to również idealne narzędzie do prowadzenia ciągłego wywiadu gospodarczego. Gdy dwa popularne dyskonty leżą na przeciwległych rogach skrzyżowania, każdy ruch konkurencji widać jak na dłoni. Wystarczy spojrzeć na zapełnienie parkingu albo sprawdzić nową gazetkę wyłożoną przy wejściu.
Cenniki, banery promocyjne i godziny dostaw są stale monitorowane przez obie strony. Kiedy jedna sieć obniża ceny podstawowych produktów, druga musi niemal natychmiast zareagować, żeby nie oddać pola. Ta ciągła rywalizacja trzyma obie organizacje w stałej gotowości i nie pozwala na chęć zbytniego podnoszenia marż.
Ekonomia skali i niższe koszty logistyki
Warto też spojrzeć na ten proces od strony czysto logistycznej i nieruchomościowej. Tereny odpowiednie pod duże obiekty handlowe z przestronnymi parkingami nie leżą na każdym rogu. Miasta rozrastają się w konkretnych kierunkach, a dobre działki wzdłuż głównych dróg wylotowych są mocno ograniczone.
Skoro dany obszar generuje odpowiednio duży potencjalny popyt, to deweloperzy i same sieci handlowe walczą o te same parcele. Często kończy się to tak, że oba dyskonty lądują po sąsiedzku, bo po prostu spełniają te same kryteria opłacalności inwestycji. W biznesie liczą się twarde kalkulacje, a sąsiedztwo najgroźniejszego rywala okazuje się mniejszym ryzykiem niż całkowite oddanie mu lukratywnego terenu.










