Dlaczego Europa potrzebuje chińskich fabryk

0
2
Dlaczego Europa potrzebuje chińskich fabryk

Zastanawiasz się czasem, dlaczego na europejskich ulicach i parkingach pojawia się coraz więcej samochodów z Państwa Środka? Jeszcze niedawno cała ta historia wyglądała zupełnie inaczej – do europejskich portów przypływały po prostu wielkie statki wyładowane gotowymi autami z Szanghaju czy Shenzhen. Teraz jednak wchodzi w życie zupełnie nowy scenariusz, bo chińskie koncerny wolą budować swoje fabryki bezpośrednio u nas. Jak pokazują świeże dane think tanków Rhodium Group oraz MERICS, bezpośrednie inwestycje zagraniczne Chin w Europie wzrosły w ubiegłym roku o 67 procent, osiągając pułap 16,8 miliarda euro.

Cła i nowa strategia inwestycyjna

Unia Europejska postanowiła mocno przykręcić kurek z tanią azjatycką konkurencją, wprowadzając dodatkowe cła na elektryczne auta sprowadzane z dalekiego wschodu. Reakcja drugiej strony okazała się zaskakująco szybka, bo zamiast płacić zaporowe opłaty na granicy, chińscy producenci po prostu przenoszą produkcję na Stary Kontynent. Według najnowszych prognoz rynkowych, w samym 2026 roku chińskie marki wyprodukują w Europie około 90 tysięcy pojazdów. To jednak dopiero skromny początek większej fali.

Eksperci z branży motoryzacyjnej szacują, że do 2030 roku liczba ta skoczy aż do miliona sztuk rocznie, a pięć lat później może osiągnąć poziom 1,5 miliona pojazdów. Oznacza to ponad szesnastokrotny wzrost w stosunkowo krótkim czasie. Firmy takie jak BYD stawiają zakłady chociażby na Węgrzech, a inni gracze przejmują dawne fabryki w Hiszpanii czy szukają wolnych mocy montażowych u lokalnych partnerów. Biznes nie lubi próżni, a presja handlowa zmusza graczy do gry według nowych zasad.

Potrzeba nowoczesnych technologii i baterii

Dlaczego jednak mamy na to patrzeć przychylnym okiem, skoro rodzimy przemysł drży o swoją przyszłość? Odpowiedź tkwi w surowej rzeczywistości transformacji energetycznej, w której Europa ma spore zaległości. Sektor motoryzacyjny i technologiczny pochłonął lwią część ubiegłorocznych inwestycji, z czego aż 93 procent dotyczyło łańcucha dostaw aut elektrycznych oraz nowoczesnych baterii. Chińczycy posiadają technologiczne know-how oraz zaplecze surowcowe, bez których europejska transformacja zwykle utknęłaby w martwym punkcie.

Budowa nowych fabryk typu greenfield, czyli takich stawianych dosłownie od zera, osiągnęła w ubiegłym roku rekordową wartość blisko 9 miliardów euro. Dla wielu regionów oznacza to potężne zastrzyki gotówki oraz tysiące nowych miejsc pracy. Węgry, Niemcy, Francja czy Hiszpania biją się dziś o te projekty, bo wiedzą, że brak takich inwestycji oznaczałby wypadnięcie z technologicznego obiegu. Europa potrzebuje tych fabryk, aby utrzymać tempo wyścigu z rynkami Ameryki Północnej i Azji.

Szansa czy pułapka dla Starego Kontynentu?

Oczywiście w Brukseli doskonale zdają sobie sprawę z ryzyka, jakie niesie za sobą uzależnienie od obcego kapitału. Dlatego Unia Europejska wprowadza zaostrzone ramy kontroli inwestycji oraz projektuje przepisy mające zmusić zagranicznych gigantów do zostawiania w Europie realnej wartości dodanej. Chodzi o to, aby fabryki nie były wyłącznie prostymi montowniami tanich podzespołów z importu. Lokalny łańcuch dostaw ma napędzać europejskich podwykonawców i stymulować faktyczny rozwój myśli technicznej na miejscu.

Koniec końców, napływ chińskich fabryk to dla Europy gra nerwów, ale też pragmatyczny wybór w imię przetrwania gospodarczego. Bez gotowych linii produkcyjnych na własnym podwórku, europejski rynek mógłby szybko zostać odcięty od taniej i masowej transformacji cyfrowo-energetycznej. Czas pokaże, czy unijne regulacje utrzymają ten proces w ryzach, ale jedno jest pewne – chińskie fabryki zadomowią się u nas na dobre.

Zostaw odpowiedź