Dlaczego niemieckie sklepy w niedzielę są często zamknięte

0
2
Dlaczego niemieckie sklepy w niedzielę są często zamknięte

Niedzielny spacer po niemieckim mieście potrafi zaskoczyć. Ulice świecą pustkami, wielkie supermarkety są zamknięte na cztery spusty, a jedynym ratunkiem w nagłej potrzebie staje się stacja benzynowa albo dworzec kolejowy. Dla kogoś, kto przywykł do elastycznych godzin handlu w Polsce czy innych krajach, to spory szok logistyczny. Wystarczy jednak zapomnieć o zakupach bułek w sobotni wieczór, by boleśnie przekonać się o potędze tutejszych przepisów.

Prawo z korzeniami w konstytucji

Za tym stanem rzeczy stoi słynne niemieckie prawo o godzinach otwarcia sklepów, czyli Ladenschlussgesetz, wspierane bezpośrednio przez zapisy w konstytucji. Podstawowa ustawa Zasadnicza chroni niedziele oraz święta jako dni ustawowego odpoczynku od pracy oraz momentu na tzw. podnoszenie duchowe. Ta zasada nie wzięła się znikąd, bo jej korzenie sięgają głęboko w historię i tradycję chrześcijańską. Niemiecki Trybunał Konstytucyjny wielokrotnie stawał w obronie tego porządku, przypominając, że zwykła chęć zysku sklepów czy czysta wygoda konsumentów to za mało, by ruszyć ten fundament.

Co ciekawe, badania opinii publicznej pokazują, że spora część społeczeństwa wciąż mocno trzyma się tej tradycji. Z reprezentatywnego sondażu przeprowadzonego przez instytut YouGov wynika, że około 59 procent mieszkańców Niemiec sprzeciwia się poluzowaniu przepisów i częstszemu otwieraniu sklepów w niedziele. Ludzie po prostu cenią sobie tę świętą ciszę. W kraju, w którym przez sześć dni w tygodniu wszystko działa na najwyższych obrotach, niedziela ma być przeciwwagą dla pędzącej gospodarki.

Kto chroni niedzielny spokój?

Wokół niedzielnego handlu od lat trwa gorąca debata, w której po jednej stronie stają organizacje pracownicze oraz kościoły, a po drugiej – stowarzyszenia handlowców i niektórzy politycy. Związki zawodowe, z potężnym potężnym sektorem usług ver.di na czele, twardo stoją na stanowisku, że praca w siódmym dniu tygodniu to atak na stabilne życie rodzinne. Argumentują, że sprzedawcy w sklepach to też ludzie, którzy potrzebują czasu dla bliskich i równego dla wszystkich dnia wytchnienia.

Z kolei małe, niezależne sklepiki często panicznie boją się zmian. Właściciele małych księgarni czy boutique’ów otwarcie mówią, że gdyby dozwolono handel w niedziele, musieliby w nich stać osobiście, bo nie stać ich na zatrudnienie dodatkowych ludzi w podwójnych stawkach. W efekcie to nie małe biznesy zyskałyby na elastyczności, lecz wielkie korporacje i giganci e-commerce, którzy i tak dominują na rynku.

Gospodarcze argumenty i nowe trendy

W obliczu problemów gospodarczych coraz częściej słychać jednak głosy krytyki pod adresem przestarzałych przepisów. Krytycy przekonują, że zakaz hamuje wzrost konsumpcji wewnętrznej oraz osłabia atrakcyjność turystyczną miast. Turysta wysiadający w niedzielny poranek w Berlinie czy Monachium może się srodze zdziwić, widząc zamknięte witryny sklepowe. Zwolennicy deregulacji pytają retorycznie, dlaczego legalna jest praca w restauracjach, kinach, muzeach czy na stacjach benzynowych, a zakupy w sklepie odzieżowym już nie.

Mimo to tradycyjny model obronną ręką znosi kolejne szturmy. Choć w niektórych landach organizuje się tzw. verkaufsoffene Sonntage, czyli pojedyncze niedziele handlowe w roku powiązane z lokalnymi festiwalami, stanowią one rzadki wyjątek. Co ciekawe, na niemieckim rynku zaczynają się pojawiać w pełni zautomatyzowane, bezobsługowe sklepiki, które próbują omijać sztywne ramy prawne, otwierając się również w dni wolne, co pokazuje, że cyfrowa nowoczesność powoli szuka furtek w starych przepisach.

Zostaw odpowiedź