Japonia sprzedaje puste domy za bezcen. Problemem nie jest brak nieruchomości

Gdy słyszysz, że w jakimś kraju można kupić dom za symboliczną złotówkę albo kilka tysięcy dolarów, od razu włącza się ciekawość. Kraje kwitnącej wiśni od lat przyciągają uwagę mediów opowieściami o opuszczonych nieruchomościach, które niemalże rozdawane są na każdym kroku. Brzmi jak gotowy scenariusz na życiową przygodę albo świetną inwestycję, prawda? Tyle że rzeczywistość okazuje się znacznie bardziej skomplikowana, a sam mechanizm kryje za sobą potężny problem społeczny, z którym rząd w Tokio próbuje sobie radzić.
Skąd się wzięły japońskie pustostany?
Według oficjalnych danych japońskiego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Komunikacji liczba pustych domów, znanych pod nazwą akiya, osiągnęła rekordowy poziom 9 milionów. Oznacza to, że aż 13,8% wszystkich domów w kraju stoi pustych. Te liczby robią wrażenie, zwłaszcza gdy uświadomimy sobie, że w ciągu ostatnich trzydziestu lat wskaźnik ten wzrosł dwukrotnie.
Głównym paliwem tego zjawiska jest demografia. Społeczeństwo Japonii szybko się starzeje, a młodzi ludzie masowo uciekają z prowincji do wielkich aglomeracji, takich jak Tokio czy Osaka, w poszukiwaniu pracy. Kiedy starsi właściciele domów odchodzą lub trafiają do domów opieki, nieruchomości zostają w próżni. Co ciekawe, blisko 60% tych obiektów to domy z odzysku, czyli po prostu odziedziczone w spadku.
Dlaczego nikt ich nie chce?
Skoro domy są tak tanie, a czasem wręcz darmowe, naturalnie pojawia się pytanie, dlaczego nikt w nich nie mieszka. Odpowiedź wcale nie tkwi w braku chętnych na tanie cztery kąty, ale w barierach finansowych i prawnych. Przede wszystkim większość z tych budynków jest w fatalnym stanie technicznym. Ponad 70% opuszczonych domów zostało zbudowanych przed 1980 rokiem i wykazuje widoczne ślady zniszczeń.
Koszty doprowadzenia takiego miejsca do stanu użyteczności potrafią przerosnąć wartość samej nieruchomości. Do tego dochodzą skomplikowane kwestie spadkowe. Często budynki mają po kilku współwłaścicieli, którzy są rozsiani po całym kraju i nie potrafią dojść do porozumienia. Sprawy własnościowe bywają tak pogmatwane, że znalezienie realnego decydenta graniczy z cudem.
Podatkowa pułapka i koszty wyburzenia
W grę wchodzą także specyficzne przepisy podatkowe, które zamiast pomagać, wręcz szkodzą. W Japonii utrzymywanie pustej działki wiąże się z wyższym podatkiem od nieruchomości niż posiadanie działki z postawionym na niej budynkiem. Z tego powodu właścicielom po prostu nie opłaca się burzyć starego, walącego się domu.
Z kolei sama rozbiórka to spory wydatek rzędu 1-1,5 miliona jenów. Nic dziwnego, że starsze domy po prostu stoją i niszczeją, stając się z czasem uciążliwym problemem dla całej okolicy. Lokalne samorządy dwoją się i troją, tworząc tak zwane banki domów akiya, które mają łączyć właścicieli z poszukiwaczami taniego mienia, ale biurokracja skutecznie zwalnia te procesy.
Szansa dla odważnych czy skarbonka bez dna?
Mimo licznych przeszkód, opuszczone japońskie domy przyciągają coraz więcej obcokrajowców oraz młodych ludzi zmęczonych życiem w drogich metropolii. Dla kogoś, kto ma smykałkę do remontów i wolny czas, zakup posiadłości za grosze może być ciekawym projektem życia. Trzeba jednak pamiętać, że tani dom na prowincji rzadko staje się szybką inwestycją kapitałową.
Japoński rynek nieruchomości pokazuje nam, że sam fakt posiadania pustych budynków nie oznacza automatycznie rozwiązania kryzysu mieszkaniowego. Prawdziwym wyzwaniem nie jest brak dachu nad głową, lecz zmiana przestarzałych przepisów, mentalności oraz kosztowne zarządzanie tym, co już zostało zbudowane. Zamiast prostego Eldorado, dostajemy lekcję o tym, jak trudne bywa dziedziczenie przeszłości w starzejącym się świecie.










