Ostatni kilometr dostawy jako największy problem logistyki

Kliknięcie przycisku „kup teraz” w sklepie internetowym zajmuje dokładnie ułamek sekundy. Przelew wychodzi błyskawicznie, system generuje etykietę, a paczka ląduje na taśmie w gigantycznym magazynie pod miastem. I właśnie w tym momencie zaczynają się prawdziwe schody, o których rzadko myślimy, czekając na kuriera z kolejnym zamówieniem.
Logistyka od lat miewa ból głowy, ale jej najsłabszym ogniwem stał się tzw. ostatni kilometr, czyli popularna ostatnia mila . Z danych międzynarodowych analiz i raportów branżowych, m.in. tych publikowanych przez Transport Intelligence oraz DHL, wynika twardy i niewygodny fakt: ten jeden, finałowy etap potrafi pochłonąć aż 53% całkowitych kosztów transportu i obsługi doręczenia . Reszta skomplikowanego łańcucha dostaw, obejmująca dalekobieżne tiry, kontenerowce i wielkie centra dystrybucyjne, kosztuje mniej niż te kilkanaście przysłowiowych kilometrów po ulicach miasta.
Dlaczego dowiezienie paczki pod drzwi to logistyczny koszmar?
Matematycy od lat łamią sobie głowy nad tak zwanym problemem komiwojażera. Chodzi o znalezienie najkrótszej trasy, która pozwala odwiedzić wiele punktów i wrócić do bazy. W warunkach miejskich ta teoria zderza się ze ścianą codziennego chaosu. Kurier obsługujący codziennie kilkadziesiąt czy nawet ponad setkę różnych adresów nie jedzie po prostej linii .
Do tego dochodzi specyfika współczesnego handlu. Polskie e-commerce rośnie jak na drożdżach, a analitycy rynku szacują, że wartość rodzimego handlu internetowego zmierza w stronę rekordowych miliardów złotych . Każdy chce kupować szybciej, najlepiej z dostawą tego samego dnia i w wąskim oknie czasowym . Klient nie chce czekać „między 8:00 a 16:00”. Oczekuje kuriera wtedy, kiedy jest w domu.
Kiedy zsumujemy ze sobą:
- korki i permanentny brak miejsc do parkowania w centrach miast ,
- rosnącą liczbę stref czystego transportu i ograniczenia wjazdu dla aut spalinowych ,
- nieudane próby doręczeń, bo akurat nikogo nie było pod wskazanym adresem ,
- drastyczny niedobór rąk do pracy i rosnące stawki kierowców ,
…otrzymujemy układankę, która generuje gigantyczne straty finansowe i nerwy po obu stronach.
Algorytmy ratują budżety
Firmy logistyczne dawno przestały polegać wyłącznie na intuicji doświadczonych dyspozytorów planujących trasy na papierze lub prostych arkuszach kalkulacyjnych . Dziś na ratunek przychodzą zaawansowane systemy klasy TMS (Transportation Management System) napędzane algorytmami . Analizują one w czasie rzeczywistym natężenie ruchu, okna czasowe, gabaryty pojazdów, a nawet limity czasu pracy konkretnego kierowcy .
Wdrożenie inteligentnego planowania tras potrafi realnie ściąć dystans pokonywany przez flotę o kilkanaście procent . W skali setek aut w barwach jednej firmy daje to oszczędności idące w miliony litrów paliwa i tysiące roboczogodzin rocznie. Mniej kilometrów na liczniku to również mniejszy ślad węglowy, co przy coraz surowszych unijnych normach ekologicznych przestaje być tylko chwytem marketingowym, a staje się koniecznością prawną.
Alternatywne metody walki o każdą paczkę
Wielką rewolucją okazało się przeniesienie ciężaru dostaw bezpośrednio z rąk kurierów pukatących do drzwi na tzw. punkty OOH (Out of Home), na czele z wszechobecnymi automatami paczkowymi . Zamiast jeździć pod sto różnych adresów na osiedlu domków jednorodzinnych czy kamienic, kurier wrzuca kilkadziesiąt paczek do jednego urządzenia. To drastycznie skraca czas postoju auta i podnosi liczbę dostarczonych przesyłek na godzinę.
W miastach testuje się również mniejszy sprzęt: rowery cargo, elektryczne wózki dostawcze, a gdzieniegdzie eksperymentalnie drony. Wszystko po to, by omijać korki i radzić sobie z ciasną miejską infrastrukturą, która nie była projektowana pod tysiące aut dostawczych krążących po osiedlach od rana do wieczora.










