Technologie które miały zmienić świat i po cichu zniknęły

Kiedy korporacje technologiczne wypuszczają na rynek nowy produkt, zawsze słyszymy tę samą śpiewkę. Zmieni sposób, w jaki pracujemy, żyjemy, oddychamy i zapewne płacimy podatki. Analitycy machają wykresami, a media powielają wizje przyszłości prosto z filmów science-fiction. Tyle że po pięciu czy dziesięciu latach po rewolucji nie ma śladu, a sprzęt ląduje w koszu na śmieci albo w głębokim zapomnieniu.
Historia innowacji to cmentarzysko genialnych pomysłów, które przegrały z prozą życia, kosztami albo zwykłym brakiem sensu. Zamiast płakać nad rozlanym mlekiem, warto czasem przypomnieć sobie, co miało nas wybawić, a skończyło jako ciekawostka dla archeologów cyfryzacji.
Kot, który miał skanować świat
Pamiętacie rok 2000 i szał na kody kreskowe? Firma CueCat wyszła z założenia, że człowiek ma dość wpisywania adresów stron internetowych ręcznie. Rozwiązaniem miał być dziwny, plastikowy czytnik w kształcie kota podłączany do komputera przez port PS/2. Pomysł polegał na tym, żeby skanować kody z gazet i czasopism, co natychmiast przenosiło użytkownika do dedykowanych treści w sieci.
Firma wydała na ten projekt miliony dolarów, rozsyłając do domów w USA ponad milion darmowych kocich skanerów. Efekt? Urządzenie miało gigantyczne luki w bezpieczeństwie, wymagało uciążliwej instalacji sterowników, a sama praca z nim była po prostu mniej wygodna niż wpisanie adresu z palca. Kosztujący 20-30 milionów dolarów eksperyment zniknął po cichu, a magazyn Forbes umieścił CueCat na liście najgorszych gadżetów wszech czasów.
Długopis, który pisał wszędzie, tylko nie tam, gdzie trzeba
Rok 2004, targi CeBIT w Hanowerze. Siemens z dumą prezentuje światu Penphone – rewolucyjny telefon komórkowy ukryty w obudowie grubego długopisu. Urządzenie miało pozwalać na wykonywanie połączeń, a do tego rozpoznawać pisanie po dowolnej powierzchni, zamieniając blat biurka w klawiaturę SMS-ową. Brzmi jak mokry sen agenta specjalnego? Z takiego założenia wychodził też ówczesny kanclerz Niemiec Gerhard Schröder, który z uśmiechem pozował z gadżetem do zdjęć.
Problem polegał na tym, że technologia optycznego rozpoznawania pisma w czasie rzeczywistym na przypadkowych powierzchniach po prostu wtedy nie działała stabilnie. Prototyp gubił znaki, zacinał się, a bateria trzymała tyle co nic. Produkt nigdy nie trafił do masowej produkcji, a po futurystycznym długofonie została tylko krótka wzmianka w archiwum prasy technologicznej.
Mikrofalówka z dostępem do banku
W 1998 roku CNN opisywało kolejny cud inżynierii – Microwave Bank od firmy NCR. Wyobraźcie sobie sprzęt kuchenny, który podgrzewa obiad, a zarazem pozwala sprawdzić stan konta na wbudowanym ekranie dotykowym, zeskanować kody kreskowe z produktów, stworzyć listę braków w lodówce i wysłać zamówienie do sklepu online.
Brzmi znajomo? Dziś mamy smart AGD, ale pod koniec lat 90. spięcie tak zaawansowanej elektroniki, podatnego na awarie oprogramowania bankowego i… zwykłego piekarnika mikrofalowego w jednym puszystym pudełku przerosło wyobraźnię rynku. Koszt produkcji i potencjalne ryzyko awarii sprawiły, że projekt skasowano, zanim na dobre zdążył ostygnąć.
Dlaczego innowacje umierają po cichu?
Wszystkie te technologie łączy jeden mianownik: oderwanie od realnych potrzeb użytkownika. Rynek nie potrzebuje urządzenia, które rozwiązuje problem, którego nikt nie ma. Łatwo dać się ponieść marketingowemu szumowi, zwłaszcza gdy za projektem stoją wielkie budżety. Z perspektywy czasu widać jednak wyraźnie, że przetrwały tylko te rozwiązania, które uprościły nam życie, a nie dołożyły kolejnych frustracji.










