Ceny warzyw zależą od pogody na drugim końcu Europy

0
2
Ceny warzyw zależą od pogody na drugim końcu Europy

Stoisz przy zieleniaku, zerkasz na cenówki i zastanawiasz się, dlaczego pomidory albo ogórki nagle podskoczyły w górę, skoro mamy pełnię sezonu. Przecież poletka za miastem zielenią się aż miło, a słońca w ostatnich tygodniach nie brakowało. Odpowiedź na ten cenowy zawrót głowy często leży tysiące kilometrów dalej, w miejscach, o których rzadko myślimy, robiąc codzienne zakupy. Okazuje się, że to, co ląduje w naszych koszykach, jest mocno powiązane z tym, jaka pogoda akurat panuje na drugim końcu Europy.

Dlaczego polski warzywniak żyje tym, co dzieje się w Hiszpanii?

Kiedy w Polsce gruncie dopiero budzą się do życia wiosenne uprawy, my już jemy świeże warzywa z południa kontynentu. Głównym spichlerzem Europy jest południowa Hiszpania, a zwłaszcza prowincja Almeria, gdzie pod słynnym morzem białych namiotów z folii kryją się tysiące hektarów upraw szklarniowych. Statystyki pokazują, że ten region potrafi wyeksportować w ciągu roku grubo ponad 2 miliony ton samych warzyw. Co istotne, spora część tych plonów trafia bezpośrednio do polskich hurtowni i marketów.

I właśnie tu zaczyna się cała zagadka. Jeśli w południowej Hiszpanii lub we Włoszech dopadną rolników ulewne deszcze, gradobicia albo wielomiesięczne fale upałów, lokalne plony drastycznie spadają. Zgodnie z unijnymi biuletynami rolnymi JRC MARS, letnie zbiory w Europie potrafią spaść nawet o kilkanaście procent względem średniej z ostatnich lat. Kiedy na południu brakuje towaru, rynki zachodnie zaczęły walczyć o każdy kilogram, podbijając stawki. Polskie firmy importowe muszą płacić więcej, a te koszty błyskawicznie lądują na naszych rodzimych bazarach.

Efekt domina na europejskim rynku żywności

Ekonomiści z banków komercyjnych w swoich cyklicznych raportach rynkowych regularnie przypominają, że ryzyka pogodowe to dziś główny ból głowy dla całego sektora spożywczego. Działa tu proste prawo naczyń połączonych. Europejski rynek warzyw jest tak ściśle ze sobą zżyty, że lokalne anomalie pogodowe w jednym kraju natychmiast wywołują trzęsienie ziemi w innych państwach.

Gdy w ubiegłych miesiącach w Europie notowano kolejne rekordy ciepła i dotkliwą suszę, unijny handel odczuł to w postaci mniejszych zbiorów warzyw kapustnych czy sałat. Rolnicy w Hiszpanii czy Holandii muszą więcej wydawać na nawadnianie upraw i sztuczne chłodzenie szklarni, co windować musi cenę wyjściową produktu. Do tego dochodzą koszty transportu, które przy drożejącym paliwie robią swoje. W efekcie polski konsument płaci za warzywa z importu stawki dyktowane przez kapryśną aurę śródziemnomorską.

Kiedy pogoda w kraju nie ma już żadnego znaczenia

Można by pomyśleć, że skoro w Polsce warunki sprzyjają, to lokalni rolnicze zrekompensują drogi import. W praktyce jednak handel żywnością dawno przestał być lokalny. Z danych GUS wynika, że w wielu okresach roku polski rynek jest całkowicie zależny od płodów rolnych z zewnątrz, zwłaszcza w segmencie wczesnych warzyw szklarniowych takich jak ogórki czy pomidory.

Gdy zagraniczne dostawy drożeją, na przykład średnia cena sprowadzanych pomidorów zbliża się lub przekracza 10 zł za kilogram, automatycznie rosną też oczekiwania cenowe krajowych producentów. Widzą oni, że na rynku brakuje tańszej alternatywy z importu, więc mogą utrzymać wyższe marże. Ostatecznie za kaprysy pogody w Andaluzji czy Grecji płacimy my wszyscy przy kasie w osiedlowym sklepie.

Zmiany klimatu a nasza codzienna kieszeń

Eksperci od ochrony środowiska i rynków rolnych są zgodni, że zjawiska ekstremalne powtarzać się będą coraz częściej. Długoterminowe raporty klimatyczne wskazują na permanentne problemy z brakiem wody w południowej i centralnej Europie. To sprawia, że stabilność cen warzyw staje się luksusem, na który coraz trudniej liczyć.

Planując domowy budżet, warto mieć świadomość, że paragony w warzywniaku zależą dziś nie tylko od cen nawozów czy kosztów pracy w Polsce, ale też od tego, czy nad Iberią zaświeciło odpowiednie słońce i czy tamtejsze systemy nawadniania wytrzymały presję upałów. Globalizacja sprawiła, że jesteśmy częścią jednego, wielkiego europejskiego ogródka, w którym wszyscy ponosimy koszty niespokojnej pogody.

Zostaw odpowiedź