Wenezuela ma największe złoża ropy. Mimo tego jej gospodarka przez lata pogrążała się w kryzysie

Gdyby spojrzeć na mapę energetyczną świata, Wenezuela wygląda jak finansowe Eldorado. Kraj ten siedzi na ponad 300 miliardach baryłek udokumentowanych rezerw ropy naftowej, co daje mu pierwsze miejsce na globie i odpowiada za blisko 17 procent światowych zasobów tego surowca. Mimo tak gigantycznego majątku ukrytego pod ziemią, przez ostatnią dekadę gospodarka tego państwa stała się symbolem gigantycznej zapaści. Zamiast bogactwa i dobrobytu, zwykli ludzie musieli mierzyć się z dramatycznym brakiem podstawowych produktów i ucieczką miliona obywateli za granicę.
Klątwa zasobów, czyli jak czarne złoto może sparaliżować kraj
Wszystko zaczyna się od zjawiska, które ekonomiści nazywają przekleństwem zasobów lub chorobą holenderską. Kiedy do państwa zaczynają płynąć gigantyczne pieniądze ze sprzedaży jednego surowca, krajowa waluta błyskawicznie zyskuje na wartości. W efekcie sprowadzanie zagranicznych towarów staje się o wiele tańsze niż produkcja czegokolwiek na miejscu. Krajowy przemysł i rolnictwo powoli zwijają się, bo po prostu przestają się opłacać.
Wenezuela wpadła w tę pułapkę na własne życzenie już wiele dekad temu. Państwo uzależniło od ropy niemal wszystko, opierając na niej ponad 90 procent całego eksportu. Kiedy ceny surowca na światowych rynkach trzymały się mocno, jakoś to funkcjonowało. Schody zacząć się w momencie, gdy koniunktura się załamała, a rząd zamiast oszczędzać na czarną godzinę, rozbudował gigantyczny aparat państwowy finansowany wyłącznie z kredytów pod zastaw przyszłych zysków.
Państwowy moloch i polityka, która zniszczyła wydobycie
Sytuację pogorszyły decyzje polityczne podjęte pod szyldem rewolucji socjalistycznej. Państwowy koncern naftowy PDVSA, który kiedyś działał sprawnie i zatrudniał najlepszych inżynierów, z czasem stał się synekurą dla politycznych działaczy. Zamiast inwestować w nowoczesny sprzęt, poszukiwania i konserwację rurociągów, zyski przejadano na programy socjalne i dotacje.
Z branży zwolniono tysiące doświadczonych fachowców, zastępując ich ludźmi lojalnymi wobec władzy, lecz bez pojęcia o skomplikowanym przemyśle wydobywczym. W efekcie infrastruktura zaczęła niszczeć w oczach. Kraj posiadający największe złoża na świecie zaczął produkować zaledwie ułamek tego, co potrafił kiedyś, a wydobycie spadło grubo poniżej miliona baryłek dziennie.
Hiperinflacja i gospodarcze dno
Skutki zaniedbań w sektorze naftowym odbiły się czkawką w każdym zakątku wenezuelskiego życia. Skoro państwo nie miało już dewiz ze sprzedaży ropy, nie było za co sprowadzać leków, maszyn czy żywności. Bank centralny zaczął ratować budżet poprzez masowy druk pieniądza, co doprowadziło do jednej z najgorszych hiperinflacji w historii współczesnego świata. W 2018 roku wskaźnik ten przekroczył niewyobrażalny poziom miliona procent.
Między 2013 a 2023 rokiem stopa życiowa w tym kraju spadła o ponad 70 procent. Ekonomiści porównywali tę zapaść do skutków wyniszczających wojen, mimo że Wenezuela oficjalnie nie prowadziła żadnych działań zbrojnych. Do tego doszły międzynarodowe sankcje gospodarcze, które dobiły i tak ledwo dyszący przemysł energetyczny, odcinając go od nowoczesnych technologii i zachodnich rynków.
Czy dno mamy już za sobą?
Ostatnie lata przynoszą pewne zmiany i próby powolnego podnoszenia się z kolan. Zagraniczne koncerny ostrożnie wracają do rozmów i próbują ratować zniszczoną infrastrukturę wydobywczą, bo globalny rynek potrzebuje każdej kropli ropy. Mimo to odbudowa potęgi wenezuelskiej gospodarki to zadanie na długie lata, wymagające nie tylko miliardowych inwestycji, ale przede wszystkim głębokich reform prawnych i institutionalnych. Historia Wenezueli pozostaje bolesną lekcją o tym, że same bogactwa naturalne to za mało, by zapewnić państwu stabilny i bezpieczny rozwój.















