Miejsca gdzie łatwiej dotrzeć z innego kraju niż z Polski

Geografia bywa złośliwa. Czasami patrzysz na mapę i wydaje ci się, że dany punkt na ziemi jest na wyciągnięcie ręki, a potem próbujesz kupić bilet albo zaplanować trasę i okazuje się, że z Polski logistycznie to mała wyprawa krzyżowa, podczas gdy z innych zakątków Europy dojeżdża się tam na kawę i ciastko.
Międzynarodowe huby przesiadkowe, siatka połączeń niskokosztowych linii lotniczych czy specyficzne układy sieci kolejowych sprawiają, że niektóre kierunki turystyczne są dla Polaków droższe i bardziej czasochłonne w osiągnięciu niż dla mieszkańców krajów Europy Zachodniej czy Południowej. Przykładów nie trzeba daleko szukać.
Skandynawskie archipelagi i północne rubieże
Lofoty czy północna Norwegia to marzenie wielu podróżników. Z Warszawy, Krakowa czy Gdańska taka wyprawa wymaga zazwyczaj minimum jednej, a często dwóch przesiadek – najczęściej w Oslo. Ceny biletów w szczycie sezonu potrafią przyprawić o ból głowy. Zupełnie inaczej wygląda to z perspektywy Niemiec, Holandii czy Danii. Z takich miast jak Kopenhaga, Hamburg czy Amsterdam tanie linie lotnicze oferują bezpośrednie, trwające niewiele ponad godzinę i zaskakująco tanie rotacje wprost do małych portów lotniczych w północnej Norwegii, takich jak Bodø czy Tromsø.
Podobnie ma się sprawa z niektórymi odległymi wyspami Atlantyku czy Morza Śródziemnego. Choć siatka lotów czarterowych z Polski systematycznie rośnie, to pasażerowie z Niemiec czy Wielkiej Brytanii korzystają z gigantycznej przewagi masowej skali. Wielkie brytyjskie i niemieckie biura podróży wykupują całe bloki miejsc w samolotach rejsowych i czarterowych, co sprawia, że dolot na mniejsze greckie wyspy czy specyficzne zakątki Hiszpanii bywa dla zachodniego sąsiada tańszy o połowę i odbywa się bezpośrednio, podczas gdy Polak musi kombinować z lotem z przesiadką.
Afryka Północna i Bliski Wschód z perspektywy południa Europy
Kiedy polski turysta myśli o locie do Egiptu, Tunezji czy na Bliski Wschód, najczęściej wybiera zorganizowaną wycieczkę czarterową lub droższy lot rejsowy z Warszawy. Inaczej wygląda to z krajów Europy Południowej – Włoch, Hiszpanii czy nawet Malty i Cypru. Bliskość geograficzna połączona z gęstą siecią połączeń tanich przewoźników takich jak Ryanair czy Wizz Air tworzy zupełnie inną rzeczywistość.
Przykładowo, z Włoch (zwłaszcza z Sycylii czy południowych portów lotniczych) można dolecieć do wybranych miast Bliskiego Wschodu lub Afryki Północnej w czasie krótszym i za ułamek kwoty, jaką trzeba wydać na bilet z Polski. Podobnie jest z wyspami takimi jak Madera czy Wyspy Kanaryjskie – z głównych hubów zachodnioeuropejskich lata tam znacznie więcej niezależnych linii, co generuje stałą wojnę cenową obniżającą koszty podróży.
Logistyka transportowa w liczbach
Z danych europejskich urzędów statystycznych wynika, że centralne położenie Polski na mapie lądowej logistyki transportowej (gdzie, jak podaje Eurostat, polscy przewoźnicy drogowi odpowiadają za blisko 20 procent unijnego transportu towarowego ) nie zawsze przekłada się na wygodę pasażerską w ruchu lotniczym. O ile towary suną przez polskie autostrady błyskawicznie , o tyle siatka połączeń lotniczych punkt-punkt wciąż mocno faworyzuje gigantyczne porty w Frankfurcie, Londynie, Paryżu czy Amsterdamie.
W efekcie podróżnik startujący z Niemiec czy Wielkiej Brytanii ma do dyspozycji setki kierunków bez konieczności tracenia czasu na przesiadki. Dla Polaka planującego egzotyczny wypad lub wycieczkę w mniej oczywisty europejski zakątek oznacza to jedno: dokładniejsze liczenie kosztów, logistyczne ekwilibrystyki i akceptację faktu, że czasami bliżej ma ten, kto mieszka o kilkaset kilometrów na zachód.










