Monety zalegają w polskich szufladach. Banki mają problem z bilionami drobnych

Każdy z nas ma w domu takie miejsce. Szuflada w komodzie, stare pudełko po butach w szafie albo dno dziecięcej skarbonki, gdzie lądują drobne. Wrzucone tam raz czy dwa grosze powoli rosną w siłę, zamieniając się w ciężką masę metalu, o której dawno zapomnieliśmy. Z perspektywy pojedynczego mieszkania to tylko lekki bałagan i kilka kilogramów żelastwa. Gdy jednak zsumujemy te nawyki w skali całego kraju, obraz staje się zaskakująco poważny.
Z danych Narodowego Banku Polskiego wynika, że całkowita wartość gotówki w obiegu osiągnęła pułap aż 443 miliardów złotych. Choć lwia część tej kwoty to banknoty, miliardy sztuk drobnych monet nie wracają do systemu finansowego. Zamiast krążyć w gospodarce i ułatwiać codzienne zakupy, drobniaki zalegają w domowych schowkach. Dla banków i samej instytucji emisyjnej to logistyczna zagadka, która kosztuje czas, nerwy oraz gigantyczne pieniądze.
Grosz do grosza, czyli ile kosztuje nas produkcja bilonu
Większość z nas nie traktuje groszówek jak pełnoprawnych pieniędzy. Często zostawiamy je kasjerom w sklepie, machamy ręką na resztę albo po prostu wrzucamy do kieszeni z zamiarem pozbycia się ich przy najbliższej okazji. Problem w tym, że te małe, miedziane krążki wcale nie są tanie w produkcji. Specjaliści zajmujący się rynkiem finansowym wskazują na paradoks, który od lat spędza sen z powrotem ekonomistom. Wybicie jednej monety o nominale jednego grosza potrafi kosztować od pięciu do nawet ośmiu groszy.
Państwo dopłaca więc do interesu za każdym razem, gdy puszczamy w ruch nową partię bilonu. Skoro monety nie wracają do banków, bo bez przerwy osiadają w naszych domowych zakamarkach, bank centralny musi biec w miejscu. Produkuje kolejne tony monet, żeby zastąpić te uwięzione w szufladach. W efekcie budżet państwa traci ogromne sumy na wytwarzanie krążków, których realna wartość jest wielokrotnie niższa od kosztów ich wytłoczenia.
Społecznictwo ma dość, ale obawy wciąż zostają
Nic dziwnego, że w debacie publicznej co jakiś czas wraca temat całkowitego wycofania najmniejszych nominałów. Z badań opinii publicznej wynika, że spore grono Polaków patrzy na taki pomysł przychylnie. Aż 57 procent ankietowanych uważa, że pozbycie się groszówek byłoby krokiem w dobrą stronę. Ludzie mają dość noszenia ciężkiego bilonu, który ledwo mieści się w portfelu i rzadko do czegokolwiek się przydaje.
Jednocześnie wciąż pojawiają się spore obawy przed zmianami. Ludzie boją się tak zwanej inflacji zaokrągleniowej. Skoro nie będzie groszy, ceny w sklepach mogą zacząć być zaokrąglane w górę, co przy codziennych zakupach uderzyłoby w nasze portfele. Z tego powodu tradycja płacenia drobnymi trzyma się mocno, mimo że logistycznie cały system obrotu bilonem zaczyna się po prostu zacinać.
Co zrobić z zalegającym bilonem?
Trzymanie zapasów gotówki w domu, nazywane przez ekonomistów zjawiskiem cash hoardingu, dotyczy zresztą nie tylko monet, ale i grubszych portfeli. Badania pokazują, że około dwie trzecie Polaków trzyma w domach mniejsze lub większe rezerwy gotówkowe na czarną godzinę. Boimy się awarii systemów płatniczych, przerw w dostawie prądu czy niepewności geopolitycznej. Trzymanie w szufladzie banknotów to jedno, ale tony drobnych monet to zupełnie inna kategoria strat.
Zamiast pozwalać im niszczeć i zajmować miejsce, warto zrobić w domowych szufladach porządki. Banki oraz placówki Narodowego Banku Polskiego dają możliwość wymiany bilonu na gotówkę o wyższych nominałach albo przelania jej bezpośrednio na konto. W wielu miejscach pojawiają się też specjalne samoobsługowe wpłatomaty do bilonu, które bez problemu przeliczą naszą domową produkcję. Może więc zamiast narzekać na ciężkie kieszenie, warto sprawdzić, ile realnie wart jest ten ukryty w kątach majątek.










