Dlaczego część Polaków świadomie rezygnuje z życia w dużym mieście

0
2
Dlaczego część Polaków świadomie rezygnuje z życia w dużym mieście

Przez lata schemat był prosty i powtarzalny. Szkoła średnia, studia w wielkim mieście, pierwsze wynajęte mieszkanie w bloku z wielkiej płyty i walka o pozycję na miejskim rynku pracy. Metropolie kusiły tempem, dostępnością niemal wszystkiego na wyciągnięcie ręki i obietnicą lepszego jutra. W statystykach widać to wyraźnie – przez dekady Polacy masowo zasiedlali największe ośrodki. Dziś jednak sytuacja zaczyna się zmieniać. Z raportów Głównego Urzędu Statystycznego oraz analiz rynku nieruchomości wynika, że populacja dużych miast od dłuższego czasu regularnie spada, ustępując miejsca zjawisku suburbanizacji i migracji na obszary wiejskie oraz do mniejszych gmin ościennych. Co sprawia, że część z nas mówi dość i świadomie pakuje walizki, by zamieszkać z dala od miejskiego zgiełku?

Kwestia przestrzeni i finansów

Jednym z najczęstszych impulsów do zmiany miejsca zamieszkania są twarde koszty ekonomiczne oraz codzienne zderzenie z realiami rynku nieruchomości. Kupno własnego lokum w mieście pokroju Warszawy, Krakowa czy Wrocławia wiąże się z gigantycznym wysiłkiem finansowym. Za cenę niewielkiego, kilkudziesięciometrowego mieszkania w bloku, na przedmieściach lub w mniejszej miejscowości można postawić dom albo kupić przestronną nieruchomość z własnym ogródkiem.

Jak pokazują badania konsumenckie, chęć ucieczki od ciasnoty i poszukiwanie bliskości natury to główne motywy, które kierują ludźmi decydującymi się na taki krok. Przykładowo, z danych zaprezentowanych w raporcie portalu Nieruchomosci-online.pl oraz Instytutu Rozwoju Miast i Regionów wynika, że przeprowadzkę na wieś lub w spokojniejsze rejony rozważa aż 33 procent mieszkańców miast wojewódzkich. W niektórych ośrodkach, takich jak Gdańsk, odsetek osób spoglądających w stronę takiego stylu życia sięga nawet 44 procent. Ludzie chcą oddychać czystszym powietrzem i mieć własną przestrzeń, w której po prostu łatwiej złapać życiowy oddech.

Zmiana priorytetów i poszukiwanie równowagi

Pęd codzienności w dużej metropolii ma swoją cenę, którą często płacimy zdrowiem i samopoczuciem. Galopujące tempo życia, godziny spędzane w korkach i wszechobecny hałas zacofują naszą naturalną potrzebę spokoju. Nic dziwnego, że rosnąca grupa osób zaczyna stawiać na tzw. work-life balance, czyli zdrową równowagę między pracą a życiem prywatnym.

Pandemia COVID-19 oraz ostateczne upowszechnienie się pracy zdalnej i hybrydowej zadziałały tutaj jak potężny katalizator. Skoro obowiązki zawodowe można wykonywać z niemal każdego miejsca na ziemi, gdzie zasięg internetu nie zawodzi, to nagle odpada konieczność codziennego meldowania się w biurowcu w centrum korporacyjnej dzielnicy. Opcja robienia tego samego przykuwania do biurka w otoczeniu zieleni staje się niezwykle kuszącą alternatywą.

Kiedy większe nie znaczy lepsze

Decyzja o rezygnacji z życia w mieście rzadko bywa pochopna. Zazwyczaj dojrzewa miesiącami, będąc sumą drobnych frustracji: problemów ze znalezieniem miejsca do parkowania, wszechobecnego betonu, braku sąsiedzkich relacji czy poczucia, że czas ucieka nam przez palce w drodze po bułki do marketu oddalonego o pięć minut spacerem.

Warto też zauważyć, że pragnienie zmiany nie oznacza całkowitego odcięcia się od cywilizacji. Większość uciekinierów z miast nie wybiera głębokiej dziczy oddalonej o setki kilometrów od lekarza czy sklepu. Największą popularnością cieszą się gminy satelitarne, położone w rozsądnej odległości od dużych aglomeracji. Pozwala to zachować dostęp do miejskiej infrastruktury, kultury czy opieki medycznej, a jednocześnie wieczorem wracać do enklawy ciszy i własnego ogrodu.

Nowy rozdział poza wyścigiem szczurów

Świadoma rezygnacja z wielkiego miasta to dla wielu Polaków powrót do prostszych wartości. To wybór wolności od korporacyjnego blichtru na rzecz porannej kawy wypijanej na tarasie bez wszechobecnego szumu samochodów. Choć taka zmiana niesie za sobą pewne wyzwania, jak chociażby konieczność organizacji logistyki rodzinnej czy dłuższe dojazdy, to bilans zysków emocjonalnych dla rosnącej grupy obywateli wypada zdecydowanie na korzyść prowincji. Ostatecznie chodzi przecież o to, by żyć tak, jak naprawdę mamy na to ochotę, a nie tak, jak dyktuje nam to rytm wielkiej metropolii.

Zostaw odpowiedź