Holandia oddaje rzekom więcej miejsca. Powód jest prosty – woda wraca

Holandia od wieków kojarzy się z bezwzględną walką o każdy metr kwadratowy suchego lądu. Kraj ten latami grodził morze, budował potężne tamy i ściskał rzeki w ciasnych korytach, żeby zyskać jak najwięcej miejsca do życia i uprawy roli. Dziś jednak podejście rządzących zmieniło się o sto osiemdziesiąt stopni, bo dotarło do nich proste i brutalne odkrycie – z wodą nie da się wygrać na dłuższą metę, więc trzeba zacząć z nią współpracować.
Gdy rzeki zaczynają dusić się w betonowych gorsetach
Przez dziesięciolecia strategią holenderskich inżynierów było budowanie coraz wyższych wałów przeciwpowodziowych. Zamiast dawać rzekom swobodę, zamykanym je w sztucznych korytach, licząc na to, że beton i stal zatrzymają każdą falę powodziową. Z biegiem lat i pod wpływem gwałtownych zmian klimatycznych ta metoda przestała jednak działać. Rzeki zasilane nawalnymi deszczami zaczęły przynosić o wiele więcej wody, niż zmieściło się w dotychczasowych, ściśniętych wałami korytach.
W latach 1993 oraz 1995 Holendrzy znaleźli się o włos od gigantycznej katastrofy narodowej. Poziom wielkich rzek, takich jak Ren i Moza, podniósł się tak gwałtownie, że z zagrożonych terenów trzeba było w trybie natychmiastowym ewakuować ćwierć miliona ludzi. Choć stare wały cudem wytrzymały napór wody, stało się jasne, że kolejna taka powódź może skończyć się tragicznie. Tradycyjna metoda podwyższania wałów przypominała wciskanie zbyt dużej ilości ubrań do zamkniętej szafy – prędzej czy później wszystko i tak pęknie pod ciśnieniem.
Program Room for the River i wielka zmiana myślenia
W odpowiedzi na te dramatyczne ostrzeżenia rząd wdrożył bezprecedensowy, zakrojony na szeroką skalę program pod nazwą Room for the River, czyli po prostu Dajmy Rzekom Miejsce. Zamiast walczyć z nurtem, Holendrzy postanowili dobrowolnie oddać rzekom część ziemi, którą wcześniej im odebrali. W ponad trzydziestu starannie wyselekcjonowanych lokalizacjach wzdłuż głównych cieków wodnych ruszyły gigantyczne prace inżynieryjne.
Planiści wzięli na warsztat nie tylko kwestie czysto techniczne, ale też naturalny rytm przyrody. W ramach programu przesunięto wały przeciwpowodziowe głębiej w ląd, tworząc ogromne tereny zalewowe, gdzie rzeka podczas wysokich stanów wód może swobodnie się rozlać, nikomu nie zagrażając. Pogłębiono także koryta letnie, usunięto rozmaite przeszkody terenowe i stworzono boczne kanały ulgi. W ten sposób woda wraca tam, gdzie kiedyś naturalnie miała swoje miejsce, a kraj zyskał stabilną ochronę na kolejne dziesięciolecia.
Kiedy beton ustępuje miejsca nowemu życiu
Najlepszym dowodem na to, że ta strategia działa, jest miasto Nijmegen leżące nad rzeką Waal. Jeszcze w 1995 roku mieszkańcy drżeli o swój dobytek, patrząc na niebezpiecznie nabrzmiały nurt. Kilkanaście lat później władze zdecydowały się na odważny krok i odsunęły wał przeciwpowodziowy wgłąb lądu, wykopując równoległy kanał i tworząc sztuczną wyspę na środku rzeki. Powstała tam nowa przestrzeń miejska pełna zieleni, parków i nowoczesnej architektury.
Podobne transformacje objęły dziesiątki innych miejsc, udowadniając, że ekologia i bezpieczeństwo mogą iść ze sobą w parze. Tereny, które wcześniej były gęsto zabudowane albo intensywnie rolnicze, pełnią dziś funkcję naturalnych gąbek. Kiedy przychodzi fala deszczów, woda bezpiecznie wypełnia te rezerwuary, a w okresach spokojniejszych przestrzenie te służą mieszkańcom do rekreacji, spacerów czy odpoczynku nad wodą.
Lekcja pokory płynąca z niderlandzkich polderów
Przykład Holandii pokazuje, że mądre zarządzanie krajem wymaga czasem odpuszczenia tam, gdzie przez lata próbowano dominować nad przyrodą siłą. Zamiast wydawać miliardy euro na podnoszenie betonowych murów, które przy potężnych anomaliach pogodowych i tak mogłyby pęknąć, Holendrzy postawili na elastyczność i współpracę ze środowiskiem.
Woda zawsze upomni się o swoje prawa, co widać również po problemach z suszą i zasoleniem rzek, z jakimi kraj ten mierzy się w ostatnich latach. Oddanie rzekom przestrzeni to nie żaden kapitulacyjny gest, lecz pragmatyczny krok w stronę przetrwania w zmieniającym się klimacie. Czasem, żeby uratować swój dom, trzeba po prostu pozwolić rzece płynąć tam, gdzie chce.










